– Rzadko pojawiał w domu, razem spędzaliśmy wakacje, poza tym przyjeżdżał na święta. Z Puszczy Niepołomickiej przywoził wtedy choinkę. To dzięki niemu tak długo wierzyłam w aniołka. Już na trzy dni przed Bożym Narodzeniem jeden z pokoi był zamykany, tato robił specjalną konstrukcję ze sznurków i pociągał za nie, kiedy siedzieliśmy za stołem. Wtedy, w zamkniętym pokoju „dzwonił” aniołek. W tym czasie asystent taty wysypywał worek piór, z kury albo z gęsi, i kiedy wpadałam do tego tajemniczego pokoju po prezenty, paliły się świece, okno było otwarte, latały pióra. Dla mnie było oczywiste, że aniołek właśnie wyleciał. Tato był najwspanialszym mężczyzną, jakiego dane mi było spotkać. Przez 50 lat życia nie poznałam takiego drugiego.
Tam gdzie nie było dzikiej przyrody, Puchalski starał się ją wprowadzać. Do domu przynosił mnóstwo zwierząt. Z jego rodziną mieszkały w różnych odstępach czasu: koziołek, dzik, a nawet odrzucony przez matkę mały lew, którego fotograf przytargał z zoo. Prawdziwą sensacją były jednak tchórze stepowe, sześć sztuk, znalezione podczas wyprawy na susły.
Kiedy „bezkrwawy łowca” nie opiekował się zwierzętami, uprawiał grządki. Sadził kwiaty, pielił warzywa. W chatce w Morusach na Podlasiu zawsze przygotowywał na przyjazd żony i córki barwny ogródek. Chatę w Morusach Włodzimierz Puchalski kupił jako 200-letnią staruszkę i podźwignął z ruin. Pisarz i dziennikarz Zbigniew Święch w 1978 r. tak o tym opowiadał: Pojechaliśmy do ukochanych miejsc Puchalskiego, w których zwykle odbywał swoje czaty. Naszym punktem wypadowym do serca polskiej przyrody była stylowa, piękna chałupa w Morusach pod Tykocinem. Tam miał swoją letnią rezydencję – pracownię, a w ogrodzie jako chłop hreczkosiej z lubością gospodarował. Wieś zamieszkana przez dawną szlachtę zagrodową darzyła go przyjaźnią. Całe lata ledwo wyszedł z chałupy poza stodołę – już był na rozlewiskach nadnarwiańskich, w naturalnym rezerwacie ptactwa wodnego i błotnego. Stąd też prowadził coroczny szlak Puchalskiego nad Biebrzę, do żeremi bobrowych w szuwarach jeziora Wigry, do przyjaciela fotografa w Maćkowej Rudzie, nadleśniczego Włodzimierza Łapińskiego, do Puszczy Białowieskiej.
Większość swego powojennego życia Włodzimierz Puchalski spędził na wyjazdach, które można by nazwać „egzotyką za progiem”. Najbardziej kochał rozlewiska Biebrzy i Narwi. Oto jak je opisywał: Widziałem w swoim życiu wiele jezior, rzek, rozlewisk, ale nieodparty urok tych bezkresnych wód, właśnie tam, w Morusach, obejmujących ogromną przestrzeń krajobrazu, należy w moich wspomnieniach do najpiękniejszych. Wokoło roiło się od ptactwa.
– Na zdjęcia filmowe jeździł wojskową ciężarówką z piecykiem w środku. Była pomalowana na szaro, jak okręt wojenny – śmieje się Wojciech Plewiński. – Towarzyszył mu kierownik produkcji, kierowca, asystent i czasami ja. Przydawałem się, gdy potrzebny był jakiś „aktor”. Nie interesowała mnie fotografia przyrodnicza, robiłem wtedy „kociaki” na okładki Przekroju, ale przyjaźń z Włodkiem wiele mnie nauczyła. Był dla mnie mentorem, człowiekiem natury. Czuł las, rozpoznawał każdego ptaka. A jednocześnie potrafił dogadać się ze wszystkimi i wszystko załatwić. Podziwiałem tę jego zapobiegliwość. Po wsiach zaopatrywał się w kiełbasy, jajka, ciągnął wszystko do domu. Dzięki niezwykłemu czarowi miał wszędzie chody. Wiedział, jak się odwdzięczyć.
Choć kochał polskie krajobrazy, pragnął także Wielkiej Przygody. W 1957 i 1958 r. wziął udział w dwóch wyprawach do Arktyki.
– Myślę, że ojca ciągnęło w zimne rejony dlatego, że były tak surowe, pierwotne – mówi Anna Puchalska. – Z drugiej strony tato był daltonistą. Myślę, że to jeden z powodów, dla których chciał się znaleźć w tym pozornie czarno- -białym świecie. Przecież niemal całe życie robił czarno-białe zdjęcia. Twierdził zresztą, że tylko one oddają piękno, które próbował pokazać.
Sam przyrodnik przyznawał: Trudno powiedzieć, czy dążenie do obcowania z przyrodą wynika z chwilowej potrzeby przeżycia swego rodzaju przygody mającej uzupełnić jakieś luki w naszej psychice, czy też jest objawem głębszego pragnienia kontaktu z otaczającym nas światem w jego formie pierwotnej, kontaktu, by mógł na przykład wyostrzyć nasz instynkt samozachowawczy, ową naturalną samoobronę przed degeneracją. A może jest to po prostu łaknienie piękna, jakiś wrodzony imperatyw estetyczny, nakazujący nam obcowanie z owymi arcydziełami, których surową i zarazem nieskazitelną formę tworzy wielka artystka-przyroda.

Tydzień z Wielkimi Kotami! Oglądaj codziennie od poniedziałk...

Zapraszamy do zapoznania się z wynikami konkursu fotograficz...

Do roku 2050 liczba ludności świata ma dojść do dziewięciu ...

Czy Mieszko I był duńskim wodzem o imieniu Dago? Big Cats I...
Artykuł spodobał mi się, mam jednak jedną uwagę. Statek, którym płynęli członkowie wyprawy 1978/79 nazywał się m/s Garnuszewski, a nie Gruszewski. W National Geographic tego typu błędy nie powinny się zdarzać.
WOW spoko przyda i się ten artykuł na zbiórki harcerskie dzięks
Byłam na tym zamku w Niepołomicach - zainspirowały mnie fotografie Puchalskiego i nazwanie swojego zajęcia "bezkrwawymi łowami" - Wielki Człowiek..
Świetny artykuł o niesamowicie interesującym człowieku. Zdjęcia W.P. uważam za naprawdę fenomenalne, a jego filmy do dziśutkwiły mi w pamięci...
Instynkt powiódł go do miejsca swoich marzeń, z którego nie powrócił osiągnąwszy swój matecznik. Dusza jego wędruje z niejednym z nas.
median DZIĘKI za świeży artykuł o Puchalskim. Interesuje mnie okres II wojny światowej w życiu fotografa, więc proszę o więcej informacji.
Geniusz
Bardzo dziękuję za ten artykuł. Sprawił mi ogromna radość. Miałam 13 lat kiedy zauważyłam, ze istnieją ptaki, zachwyciłam się nimi. Dostałam od moich rodziców j ego album i pokochałam Włodzimierza Puchalskiego.Został moim idolem. Oglądałam jego filmy w telewizji. Prowadziłam dziennik obserwacji. Wymusiłam na rodzicach zakup lornetki, właściwie całkowicie zwariowałam na punkcie ptaków. Zawsze chciałam fotografować ptaki i pojechać na Antarktydę. Dopiero teraz stawiam pierwsze kroki w fotografowaniu ptaków i na pewno wybiorę się na Antarktydę.
Niesamowity człowiek, niesamowita historia.
Bardzo ciekawie przedstawiona osoba mojego idola, książka "Bezkrwawe łowy" była jedną z pierwszych w mojej bibliotece, była również inspiracją do poznawania natury. Włodzimierz Puchalski był i jest (wg) fenomenem polskiej fotografii przyrodniczej. Pozdrawiam
Niestrudzona tropicielka tajemnic Dolnego Śląska

Na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej jak przed 28 laty wiszą świ...

Martwy słoń, samiec, leży na boku, z prawą nogą podkurczoną ...

Przejście Północno – Zachodnie. Opłynąć Amerykę Północną od ...

W podróży do rozległych przestrzeni nabiera się pewności, ż...
Tam gdzie spotyka się południowo-wschodnia Wenezuela, Gujana i północna Brazylia rozciąga się kraina nazwana przez biogeograf...
Jeszcze tylko 7 dni, do wtorku 31 stycznia 2012 r. do godz. 24.00, poprzez stronę www.alpinus-miejodwage.pl można zgłaszać pr...
W związku z wejściem w życie 1 stycznia 2012 roku ustawy abolicyjnej Polska Akcja Humanitarna realizuje projekt, którego cele...
Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...
Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.