Trynidad - liczy się tylko radość życiaZdjęcie: Agencja Forum

Dwie wyspy i jedno państwo w skrócie zwane tu Trinibago lub Tribago. Nazwa Tobago pochodzi od tavaco – tytoniu używanego przez Indian – Karaibów, Trynidad natomiast został ochrzczony na cześć Trójcy Świętej. Dziś na Tobago rastafarianie palą marihuanę, a na Trynidadzie swoistą, ekumeniczną trójcę tworzą: Jezus, Kriszna i Mahomet.

Tobago – tutaj lądują samoloty z pasażerami spragnionymi słońca, kolorowych drinków, miłej atmosfery w klimatyzowanym, schłodzonym tropiku. Pasażerowie z samolotu przechodzą do nowoczesnych autobusów, które parkują wśród wypielęgnowanej równikowej zieleni. Luksusowe hotele, wioski turystyczne, sklepy z dmuchanymi delfinami, kapeluszami z kokosa, malowanymi muszlami i całą resztą turystycznego kiczu położone są kilka kilometrów od płyty lotniska. Pozostała część Tobago jest jak ukryty skarb Karaibów. Nie potrzeba być śmiałkiem, żeby go odkryć.


Podróż zaczyna się już tam, gdzie nizina wokół lotniska ustępuje pod naporem ciężkich od ciemnozielonej roślinności i wilgotnych od tropikalnego lasu gór. Wąskie, nierówne dróżki, na które las wyrzuca pachnące, nieprzytomnie słodkie owoce mango, wspinają się po stromych zboczach. Nagle nikną gdzieś wśród mięsistej przytłaczającej zieleni, a potem równie gwałtownie spadają pionowo w dół, by oczy podróżnych nacieszyć szmaragdem Morza Karaibskiego.   
Pierwszym przystankiem jest Great Courland Bay – jedna z największych zatok Tobago. W łagodnych falach stoi grupka kobiet. Ich kolorowe spódniczki dryfują wokół bioder, a nad głowami coraz węższe kręgi zataczają krzykliwe fregaty z haczykowatymi dziobami. Jedne i drugie czekają na łódź, która zaraz dobije do brzegu. Fregaty rzucą się na drobnicę, z której oczyszczona zostanie sieć, a kobiety za kilka trinibagodzkich dolarów kupią kolację i potem znikną w zielonym gąszczu zawieszonym nad plażą.


 Zatoka nosi imię pierwszych europejskich osadników, przybyłych tu z terenów dzisiejszej Łotwy. Książę Kurlandii, która była wówczas lennem królestwa Polski i Litwy, niejaki Jakub Kettler był osobą kształconą w Anglii i Holandii, gdzie oprócz wiedzy ekonomicznej nabrał również kolonizatorskiej zuchwałości i rozmachu. W Kurlandii zapakował na statki 125 najemnych wojów i 80 zdesperowanych rodzin, aby ich wszystkich wysadzić potem u brzegów dzikiego Tobago. Zapał budowniczych kolonii studziły jednak ciągłe napaści ze strony Indian, wyjątkowo wojowniczych Karaibów, którzy nie dość, że podpalali, to jeszcze w dni świąteczne delektowali się ludzkim mięsem. Kurlandczycy nie
znieśli sąsiedztwa kanibali, ale to dzięki nim Tobago było przez chwilę polską kolonią!


Wbijamy się w zieleń szczelnie okrywającą góry. Czasem w leśnej głuszy pojawia się niebieska budka telefoniczna, przy której ktoś czeka na autobus, albo na wieczór, który przyniesie chłód. Niekiedy w gąszczu dają się wypatrzeć kolorowe, osadzone na palach chatki. Taka architektura chroni je przed dryfowaniem na falach pory deszczowej, no i zawsze pod domem wywiesić można pranie.


W końcu droga jak zwykle opada nad morze i oto jesteśmy w Kastarze, wiosce przeciętej na dwie dzielnice: mniejszą i większą plażę. Reszta stanowi tylko dodatki do niej, bo plaża pełni rozliczne funkcje: zakładu pracy, restauracji, głównego placu, sklepu, nocnego klubu i miejsca relaksu. W Kastarze już o świcie zaczyna się krzątanina. Sara chowa długie dready pod turkusową chustą i zamiata pachnące kwiaty, które nocą spadły na dróżkę.
 – Good day, lucky day man – wita się ze mną. Odpowiadam – Yo man, co znaczy tak lub jak się masz albo po prostu cześć. Dziewczynki w różowych sukienkach idą brzegiem morza do szkoły. Zmęczeni nocną wyprawą rybacy zaczynają sjestę. Na umytych stołach rzeźniczych w półletargu przysypiają niedawni krwawi łowcy z rozpuszczonymi dredami. Trzeszczące głośniki z trudem uwalniają głos Boba Marleya, który śpiewa, że świeci słońce i pogoda jest dobra. Zapach krwi ustępuje duszącej i cierpkiej woni sensi, marihuany, którą na garści sprzedaje się w takich jak ta kooperatywach rybackich. Czasem ktoś wstanie po piwo, albo zanurzy się w kryształowej wodzie, strasząc półtorametrową mantę, płaszczkę zwaną diabłem morskim, która z ciekawości przypłynęła do brzegu.


Wieczorem życie, jak na polskiej prowincji, przenosi się pod sklep. Rum shop to miejsce, gdzie przede wszystkim można się napić, ale w przeciwieństwie do baru nie ma tu miejsc siedzących – gdy ktoś nie może obyć się bez klimatyzacji, musi poszukać pubu. Na takie mniej więcej kategorie dzielą się tutejsze lokale. Przed sklepem dziewczyna o urodzie Miss Universum sprzedaje zakąski – marynowane kurze łapy, a dla wybrednych świńskie kopyta w polewie cebulowej. Na zewnątrz spotykamy Jimiego. To sweetman – tak tutejsze kobiety nazywają mężczyzn, którzy mówiąc oględnie, podobają się płci pięknej i potrafią z tego korzystać. Jimi ma nas zabrać na rafę koralową (Tobago to świetne, znane miejsce do nurkowania, a najlepszym ośrodkiem nurkowym jest urocze, spokojne, leniwe miasteczko Charloteville. Instruktorzy mogą nawet zaaranżować podwodną przejażdżkę na mancie). Łódź kupiła mu niemiecka narzeczona, która spędza z nim upojne dwa tygodnie w roku. Jimi ma przyjść po nas rano. Pytamy, jak rano?
– No... obudzę się, potem sprawdzę, co się dzieje na plaży, posłucham Boba Marleya, no i wpadnę. OK?
– Yo man, take your time – odpowiadamy.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-05-25 12:35

    a ile liczy mieszkańców?

Autor

  • Zuzanna Pol

    Zuzanna Pol

    Współpracuje z nami od kilku lat, pisze reportaże również dla innych tytułów, a na stałe związana jest z Agencją Reutersa.

Ostatnio czytali

  • tami

Aktualności

  • Makulatura dla zwierząt

    Fundacja Viva! w porozumieniu z firmą Baj-Pros Eko informują, że rozpoczynają akcję „makulatura dla zwierząt”. Dzięki niej bę...

  • Ptolemais zaginione miasto w Libii

    Pod patronatem National Geographic Polska ukazał się album fotograficzny: "Ptolemais zaginione miasto w Libii". Publikacja je...

  • Polskie dni w Andorze 26.03-03.04.2012

    Andora to jedno z najmniejszych państw na świecie znajdujące się w Pirenejach zaledwie 200 km od Barcelony na pograniczu Fran...

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się