Pociągający pasek lądu

14 czerwiec 2009



Z portu w Valparaíso codziennie wypływają statki do przylądka Horn, na Antarktydę oraz na maleńką wyspę Robinsona Crusoe. Ta bezludna kiedyś wyspa w chilijskim archipelagu Juan Fernández stała się znana, bo na początku XVIII w. szkocki żeglarz Alexander Selkirk samotnie spędził tam blisko cztery i pół roku. Został wyrzucony na nią przez załogę statku za karę za nieposłuszeństwo. Selkirka z odosobnienia uwolnił angielski statek, który przypadkowo się tam zatrzymał, by uzupełnić zapasy wody. Historię żeglarza rozsławił Daniel Defoe w Przypadkach Robinsona Crusoe. Natomiast kilka lat temu świat obiegła elektryzująca wiadomość: na wyspie Robinsona ukryto legendarne złoto zrabowane przez Hiszpanów. Niemal tysiąc ważących kilkadziesiąt kilogramów sztab złota i pół tysiąca beczek pełnych złotych monet i szmaragdów! Poszukiwacze złota w snach dzielą się już łupem...

Południowoamerykańska Szwajcaria


Z wyspy marzeń wracam na kontynent i zwykłym rejsowym autobusem przenoszę się do krainy lasów i jezior – królestwa walecznych Indian Mapuche. „Mapuche”, czyli „ludzie ziemi”, byli jedynymi tubylcami w Ameryce Południowej, którzy oparli się kolonizatorom. Hiszpańscy kronikarze opisywali ich krainę jako „wolne państwo Araukanów”. Skąd ta nazwa? Gdy Europejczycy zdali sobie sprawę, że nie pokonają Mapuche, ostatnią fortecę postawili nad rzeką Rauco. Na niezdobyte tereny mówili „a Rauco”, a wkrótce – „Araukania”.

Po całonocnej jeździe budzę się w Pucón, maleńkim miasteczku nad jeziorem Villarrica i przecieram oczy ze zdumienia. Nie wiem, czy to sen, czy jawa. Przez moment mam wrażenie, że znalazłam się na planie reklamy czekolady. Na tle soczyście zielonego lasu i błękitnego jeziora po ukwieconej łące spacerują łaciate krówki. Krajobraz dziwnie znajomy. Czuję się jak na alpejskich łąkach Szwajcarii. Teraz rozumiem, dlaczego emigranci przybywający tłumnie w XIX w. z pogrążonej w chaosie Europy osiadali właśnie tutaj. Nagle koło mnie pojawia się kobieta z wiklinowym koszyczkiem ubrana w biały krochmalony fartuszek. Odsłania serwetkę i podaje mi najprawdziwszy kuchen z malinami...

Zostawiam za sobą urokliwą krainę dumnych Mapuche i mijając dymiące stożki wulkanów, którymi Chile jest usiane, przepływam promem na wyspę Chiloé. Ten odizolowany i jeszcze nieskażony komercyjną turystyką skrawek lądu jest kwintesencją Chile. Życie toczy się tu powolnym rytmem. Miejscowi wciąż trudnią się rybołówstwem tak jak kiedyś ich ojcowie i dziadkowie. Chodzą w tradycyjnych wełnianych czapkach z pomponem i grubych swetrach, które chronią ich od przeszywającego wiatru wiejącego od morza. Ciepłe okrycia to, naturalnie, niejedyny ich sposób na rozgrzanie się w chłodne wieczory. Chilijczycy lubują się w trunkach. Oprócz słynnych chilijskich win, które powstają ze sprowadzonych z Europy najlepszych szczepów winogron, serwuje się tu likiery... Tak oryginalnych jak na wyspie Chiloé nie piłam nigdy w życiu: Dość wspomnieć likiery z rabarbaru, ostryg lub jeżowców – wytwarzane według dawnych receptur.

Kuchnię też mają doskonałą. Pewnego dnia rodzina, u której mieszkam, zaprosiła mnie na lokalny przysmak zwany curranto, do jakiejś ponoć świetnej knajpy na mieście. – Już jesteśmy blisko – słyszę. Ku mojemu przerażeniu wkraczamy na targ ostro woniejący rybami. Siadamy przy stole krytym plastikową ceratą o kleistej powierzchni. Klientów wciąż przybywa, wszyscy serdecznie się witają. Swojska atmosfera po jakimś czasie i kilku szklaneczkach lokalnego wina i mnie zaczyna się podobać. Przyzwyczajam się nawet do rybnego zapachu. Pojawiający się na stole olbrzymi parujący garnek curranto wzbudza mój zachwyt. Kolejno wyławiam pyszne kawałki kurczaka, wędzone żeberka, kluski podobne do naszych ziemniaczanych oraz olbrzymią liczbę muszelek. Różnorodność potrawy wyjaśnia związana z nią tradycja – to danie ubogich rybaków, którzy wrzucali do gara wszystko, co akurat mieli pod ręką. Omal nie pękam z przejedzenia. Taką górą jedzenia można by chyba nakarmić tuzin głodnych rybaków.

Kraina wielkiej stopy


Do Punta Arenas, najbardziej na południe wysuniętego miasta Chile, lecę samolotem. Obserwuję, jak przesuwający się w dole krajobraz zmienia się w coraz mniej przyjazny człowiekowi. Wybrzeże staje się bardziej poszarpane, a ziemia gęściej pokryta śniegiem i lodem. To Patagonia – królestwo wiatru. Nazwę tę ukuli w 1832 r. eksploratorzy tego terenu – załoga statku „Beagle” z młodym Charlesem Darwinem na pokładzie; zainspirowały ich wielkie stopy (po hiszpańsku pata) rosłych mieszkańców tej krainy.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2011-02-17 11:56

    W przyszłym roku lecę do Chile na stałe - czeka mnie całe życie niezapomnianych widoków i wspaniałej wędrówki.. :)

  • Do moderacji
    2009-06-20 23:56

    a Chilenos zasługują na równie wielki zachwyt jak krajobrazy.

  • Do moderacji
    2009-06-20 23:55

    a Chilenos zasługują na równie wielki zachwyt jak krajobrazy.

  • Do moderacji
    2009-06-19 09:44

    Byłem w Chile w latach 80\'tych - fragment od Antofagosty do Valparaiso - ładniej jest na południu. Mniejsze miasta nadmorskie ograniczone bywają wysokimi górami z brązowego pisakowca (chyba) bez roslinności - to dosyć przygnębiajacy widok, okolice Valparaiso przypominaja troche finskie szkiery.

Autor

  • Barbara Radwańska

    Barbara Radwańska

    Podróżnik, filmoznawca, tłumacz języka hiszpańskiego, znawca kultury latynoskiej. Od lat prowadzi wyprawy po Ameryce Południowej, od Wenezueli po Ziemię Ognistą.

Ostatnio czytali

  • tami
  • KasiK
  • ewaw
  • travelmati

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się