Niger

24 marzec 2009


Nazajutrz na horyzoncie pojawia się wzgórze przypominające kretowisko. Podjeżdżamy bliżej, dostrzegamy budynki, a nad nimi palmę jak parasol. Jedną z dwóch tu rosnących. To Teguidda-n-Tessoumt. Tu właśnie lud d’Isawaghen produkuje solne lizawki dla zwierząt. Kiedyś sól była niezwykle cenna, dziś pozwala kilkunastu rodzinom jedynie na przetrwanie.
Dawno temu ludzie odkryli, że czerwona ziemia płaskowyżu zawiera dużo soli. Podobnie jak występująca tu płytko pod powierzchnią woda. W Nigrze znajduje się kilka takich miejsc. Najsłynniejsze z nich to oaza Bilma na pustyni Tenere. Przez wieki karawany wielbłądów prowadzone przez Tuaregów przemierzały te gorące pustkowia, transportując sól na południe kraju. Solanki w Teguidda-n-Tessoumt nie są ani tak duże, ani tak znane jak w Bilmie. Być może dlatego, że nie otacza ich ocean fantastycznych wydm. Tutaj płaskiego, monotonnego krajobrazu nie zakłóca żadne naturalne wzniesienie. Tylko wał ziemi usypany wkoło wyrobiska przypominającego krater po uderzeniu meteorytu pozwala spojrzeć na okolicę z góry. Widać wówczas dziesiątki okrągłych, glinianych mis wypełnionych kolorowym roztworem wody i słonej ziemi. A między nimi uwijają się ludzkie mrówki w palącym słońcu, obrabiając solne „poletka”. Mężczyźni, kobiety i dzieci. W upale, osłonięci od  wiatru, przesypują ziemię, noszą wodę, budują misy, mieszają roztwór. Natura wyręcza ich tylko w jednym: słońce odparowuje wodę, zostawiając na wierzchu kryształy soli. Trzeba je zebrać, zmieszać z glinką i uformować w solne „chlebki”, które spakowane czekają na handlarzy. I tak od wieków, dzień po dniu.
Stojąc na koronie krateru, zauważam nagle intrygujące zjawisko. Daleko na horyzoncie, jednocześnie w kilku miejscach, pojawiają się jakieś punkciki. Po półgodzinie okazuje się, że to pustkowie jednak zamieszkują ludzie: lud Bororo. Pędzą do studni swoje stada bydła zebu. Przywędrowali znikąd. Ręce mają zawieszone na pasterskich kijach leżących na ramionach. Ubrani w szerokie kapelusze i długie szaty, u boku noszą miecze takuba. Za nimi wędrują stada krów po  kilkadziesiąt sztuk. Po przyjściu do studni zaczyna się pojenie. Ciągną wodę skórzanymi wiadrami, leją w koryto, a zebu spokojnie, w jakimś sobie tylko znanym porządku, piją do woli. Nie ma ryku, zamieszania i pośpiechu. Cały ceremoniał ma w sobie jakąś magię. Nie możemy wyjść ze zdumienia, jak ci ludzie tu żyją  i czym karmią stada. Po kilku godzinach odchodzą i znikają za horyzontem.
My również ruszamy w dalszą drogę. Przez miesiąc pobytu w Nigrze odwiedziliśmy mnóstwo ciekawych miejsc. Ale i tak najmocniej w mojej pamięci wryło się Teguidda-n-Tessoumt. Tym bardziej, że za kilka lat prawdopodobnie zostanie tam tylko pusty krater.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Autor

  • Michał Zieliński

    Michał Zieliński

    Podróżnik, alpinista i pilot paralotni. Organizował i uczestniczył w wielu wyprawach wspinaczkowych w różne zakątki świata, m.in. na K2.

Ostatnio czytali

  • tami
  • s3quin
  • wucoff
  • wieszwal

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się