Na pograniczu Alaski i Kanady każdy podróżnik odnajdzie to, czego pragnie.

Dzikość i Komfort przenikają się tu jak w mało którym zakątku świata.Wielu śmiałków zapuszczających się na terytorium Gór Skalistych przypłaciło życiem swoją ignorancję i brak doświadczenia.Jednak ja, wychowany na książkach Karola Maya, Arkadego Fiedlera i Jacka Londona, nie boję się tego wyzwania, jako że penetracja Dzikiego Zachodu dziś jest dużo łatwiejsza.

Podążę śladami poszukiwaczy złota, Indian i traperów. A na szlaku, oprócz dzikiej przyrody i majestatycznych krajobrazów, towarzyszyć mi będzie zapach parujących po deszczu nieprzebytych borów sosnowych.
Moją wielką przygodę rozpoczynam w połowie lipca na płycie lotniska w ANCHORAGE na  Alasce, gdzie wpadam w 30-stopniowy upał, choć oczyma wyobraźni widziałem już białe niedźwiedzie. Przede mną ambitna trasa  ponad 10 tys. km w 4 tygodnie. Jak się szybko przekonałem, współczesny, ograniczony czasowo traper najczęściej podróżuje samolotem albo samochodem. Od czasu do czasu przesiada się też na prom. Własnych nóg używa w ostateczności – jeśli nie zamierza tu zostać na dłużej. Pogoda w Anchorage jest iście hawajska, zakładam więc strój raczej plażowy i wynajętym samochodem wyruszam do miasteczka Homer, królestwa halibuta. Ściągają tu wędkarze z całego globu, żeby zapolować na naprawdę dużą rybę – nawet dwumetrową, ważącą ponad 200 kg. Ci mniej zaprawieni w bojach mogą stanąć nad zatoczką na tzw. „pitcie” i łowić mniejsze okazy. Świeży halibut z rożna w Homer to raj dla podniebienia. Po sportowych zmaganiach warto złożyć wizytę w Salty Dawg Saloon. Podłogę w nim zaścielają stare trociny, a sufit i ściany zdobią banknoty dolarowe oraz majtki i staniki pań, które tu kiedyś złożyły wizytę. Atmosfera w barze jest luźna. W nagrodę za „one free drink” damy często ściągają bieliznę i otrzymaną od barmana pinezką przypinają ją do wolnego miejsca.
Nasycony rybną atmosferą Homer wsiadam do małego wodolotu i lecę na sąsiednią wyspę Kodiak, gdzie żyją największe na świecie niedźwiedzie i gdzie co roku latem odbywa się tarło łososi. Te niezwykłe słodko-słonowodne wędrowne ryby powracają do miejsc swych narodzin tylko po to, by złożyć ikrę i zakończyć żywot. Nad moją głową niczym sępy krążą dziesiątki bielików obserwujących purpurową, kłębiącą się w dole rzekę łososi. W płytszych strumieniach jest ich tak dużo, że można przejść po ich grzbietach na drugi brzeg, nie zamoczywszy obuwia. Na doroczny spektakl obfitości czekają też niedźwiedzie. Stare i młode, duże i małe – taplają się radośnie w tej rybiej zupie, wyciągając z niej co bardziej łakome kąski. Dzięki zawartym w rybach olejom omega 3 tutejsze misie rosną jak na drożdżach. Ponad 2 m i 400 kg żywej wagi – to norma, choć zdarzają się i 3,5-metrowe olbrzymy o masie ponad 700 kg. Najsmaczniejsze ryby świata należą tu jednak tylko do bielików i niedźwiedzi – mnie nie wolno złapać żadnej sztuki, jestem w rezerwacie. A szkoda – na Północy liczą się tylko dzikie łososie. Hodowlane, zdaniem tutejszych mieszkańców, dobre są na paszę dla zwierząt albo dla ludzi w mieście.
  Wracam do Anchorage i stąd George Parks Highway docieram do Parku Narodowego Denali, takiej Alaski w miniaturze. Można tu spotkać niemal wszystkie zwierzęta Alaski. Istne safari, choć jego tłem nie jest tym razem Kilimandżaro, lecz McKinley – najwyższa góra na kontynencie, a według niektórych również świata. Piękna i groźna McKinley (indiańska nazwa to Denali) od bazy do szczytu mierzy 5 500 m, czyli dużo więcej niż Mt. Everest od bazy do wierzchołka. Kiedyś zdobycie McKinley było wyczynem katapultującym wspinacza do światowej elity nie tylko ze względu na wysokość góry, ale też subarktyczne warunki: ekstremalnie niskie temperatury i dramatycznie zmienną pogodę. Dziś samolotem z Talkeetna można polecieć na lodowiec i przy sprzyjających warunkach zdobyć Denali w kilka dni (ta samotna potężna góra najlepiej prezentuje się z okna samolotu lecącego z Fairbanks do Anchorage; uwaga – musimy siedzieć po prawej stronie).

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2011-03-19 05:59

    Bardzo ladna relacja. Czyta sie z zapartym tchem gratuluje wyprawy.

Autor

  • Tomasz Stan-Stanicki

    Tomasz Stan-Stanicki

    Dziennikarz, podróżnik, felietonista Czterech stron świata w polskim radiu. Przejechał cały świat

Ostatnio czytali

  • artur
  • tami
  • s3quin
  • dianek
  • mebius81
  • marczer

Czytali także

Aktualności

  • Makulatura dla zwierząt

    Fundacja Viva! w porozumieniu z firmą Baj-Pros Eko informują, że rozpoczynają akcję „makulatura dla zwierząt”. Dzięki niej bę...

  • Ptolemais zaginione miasto w Libii

    Pod patronatem National Geographic Polska ukazał się album fotograficzny: "Ptolemais zaginione miasto w Libii". Publikacja je...

  • Polskie dni w Andorze 26.03-03.04.2012

    Andora to jedno z najmniejszych państw na świecie znajdujące się w Pirenejach zaledwie 200 km od Barcelony na pograniczu Fran...

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się