Mężne serce sikorki

21 kwiecień 2010
Mężne serce sikorkiFot. Dominik Sadowski, Agencja Gazeta

Doktor Jarosław Nowakowski, z wykształcenia leśnik, z zamiłowania ornitolog, szef Stacji Badania Wędrówek Ptaków Uniwersytetu Gdańskiego. Osobiście zaobrączkował przynajmniej 30 tysięcy ptaków.

Teraz uczy tej sztuki innych. Warszawiak od pokoleń, przeniósł się na północne Kaszuby, żeby być bliżej głównych ptasich szlaków wędrówkowych na wybrzeżu Bałtyku, ale też niedaleko wspaniałych dębowo-bukowych drzewostanów Puszczy Wierzchucińskiej.

Jak to się stało, że pan, leśnik, zajął się obrączkowaniem ptaków?


Cóż, mój dziadek, z którym byłem silnie związany, studiował leśnictwo przed wojną, ale studiów nie ukończył. Chyba bardzo tego żałował i chciał, żebym kontynuował jego niezrealizowaną pasję. Oczywiście, nigdy tego nie powiedział, ale tak kierował moimi zainteresowaniami, że sam nie wiem, kiedy postanowiłem zostać leśnikiem. Tylko że mnie od początku interesował las jako złożone środowisko, dom dla wielu gatunków roślin i zwierząt, a nie jako magazyn kubików, czyli metrów sześciennych, drewna. I już wtedy wiedziałem, że będę badać ptaki. Konkretnie – sikory: bogatki, modraszki, sosnówki. Są liczne lub bardzo liczne, a więc łatwo zebrać dużą liczbę obserwacji czy pomiarów. Szybko się mnożą, bo w sezonie mogą wyprowadzić nawet 20 młodych, które przystępują do lęgów już w następnym roku. To pozwala podglądać, jak zmieniają się pod wpływem zmian środowiska. Naprawdę obserwować ewolucję w działaniu. Można badać różnice między poszczególnymi gatunkami sikorek i szukać ich przyczyn. Dlaczego dla modraszki lepsze jest to, a dla bogatki co innego? Dlaczego jedne robią to, a drugie tamto? Właśnie na potrzeby tamtych magisterskich badań nauczyłem się obrączkowania.

Trudno było?

Praca, można rzec, pionierska (śmiech). Nie dlatego, że nie było wypracowanych metod, ale ja oczywiście robiłem wszystko sam od początku. Kupiłem sieci prosto z Japonii – bo przeczytałem, że naukowe chwytanie ptaków naśladuje stare japońskie metody kłusownicze. Razem z kolegą ze studiów, Mietkiem Kurowskim, rozstawialiśmy je w pobliskim lesie i w ten sposób rozpoczęła się zabawa, która trwa do dziś. Rzecz jasna tam wówczas łapały się głównie sikory i tak już zostało (śmiech). W jakiejś książce przeczytałem, jak mniej więcej mierzy się ptaki, ale opis nie był zbyt dokładny. Resztę musiałem sam wykoncypować. Dlatego wciąż mam „nieortodoksyjny” chwyt przy niektórych pomiarach. W późniejszych latach, kiedy ornitologia stała się już moim pełnoetatowym zajęciem, nie potrafiłem zmienić tego sposobu trzymania ptaków.

Mówi pan tak, jakby samo trzymanie ptaków było jakąś specjalną dziedziną wiedzy...

Można powiedzieć, że tak jest. Istnieje kilka rodzajów chwytów, a każdy ma swoje modyfikacje. Wiadomo, że inaczej będzie się trzymać sowę, która bez trudu przebija szponem rękę na wylot, ale dziób ma niegroźny, a inaczej niewielkiego grubodzioba, który ma tylko małe pazurki, ale dziobem może przeciąć palec do kości. Większość małych ptaków, którymi się zajmuję, nie jest oczywiście groźna dla człowieka, ale człowiek jest groźny dla nich. W takim przypadku są dwie podstawowe szkoły trzymania ptaków – angielska i polska. Nie żartuję, to są naprawdę dwie zupełnie inne metody i w ich konsekwencji zupełnie inne procedury obrączkowania ptaka. Angielska metoda jest starsza i obecnie bardziej rozpowszechniona, ale polska jest o wiele lepsza i w coraz większej liczbie krajów się ją stosuje. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś, kto raz stosował polską metodę, potem przeszedł na angielską.

Nie bardzo rozumiem, na czym może polegać wyższość jednej metody trzymania ptaka nad inną. To chyba trochę tak jak ze świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy?

Ależ nie! To są realne różnice! Chodzi o dwie rzeczy. Musimy trzymać ptaka tak, żeby móc go obejrzeć ze wszystkich stron, bez problemu rozłożyć mu skrzydło, zajrzeć do dzioba, zmierzyć różnicę w długości lotek i tak dalej. Jednocześnie chwyt musi być delikatny i pewny – żeby ptak nie trzepotał się w dłoni, bo mógłby sobie coś zrobić, a my przecież nie chcemy go zranić, tylko oznakować i opisać. Otóż polski chwyt lepiej spełnia oba te warunki. Jest całkowicie bezpieczny dla ptaka, a jednocześnie umożliwia łatwe manipulowanie nim. To się przekłada na szybkość obrączkowania i mierzenia. Ktoś, kto ma wprawę w angielskiej metodzie, może w ciągu dnia zaobrączkować i w pełni pomierzyć kilkadziesiąt, no, może 150 ptaków. Polscy ornitolodzy obrączkują i mierzą w ciągu dnia nawet 1000! Czasami spotykam się z zarzutem, że nasze dane są niewiarygodne, bo nie da się zmierzyć takiej liczby ptaków. Wtedy mówię: przyjedź do nas, to się przekonasz, czy się nie da!

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-04-27 22:58

    Świetny artykuł. Sam uwielbiam oglądać sikory i je fotografować. Nie łapie i nie obrączkuje ale podziwiam takich ludzi jak Pan za wkład w tę działkę i miłość do stworzeń takich jak ptaki.

Autor

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.