Maroko

22 marzec 2009


Fez zawdzięcza swoje istnienie błękitnej wodzie, a tutejsze hammamy mają najlepszą renomę w kraju. Marrakesz jest czerwony od krwi swoich budowniczych, Meknes zielony od dachówek pałaców, a Fez niebieski jak woda. Od tysiąca lat, ciągle średniowieczny Fez żyje tym samym rytmem wybijanym dłutami w pracowniach snycerzy, kopytami osłów i mułów, które z trudem przeciskają się przez potok ludzi, uderzeniami drewnianego kostura ślepego recytatora Koranu i dźwiękiem drewnianych krosien, które w zakurzonym półmroku tkają lśniące narzuty. Z tutejszych farbiarni przez ciemne bramy, w których żywią się koty, wycieka tysiącletni smród. Rzemiosło to zajęcie 90 proc. mieszkańców Fezu. Naukę rozpoczynają wcześnie. Kilkuletnie dzieci nawijają wełnę na kołowrotek, arabeskami ozdabiają metalowe tace, które kiedyś nosić będą ramadanowe, polane miodem ciastka. Ich praca jest jedną z tajemnic labiryntu fezkich ulic. O Fezie, założonym przez arabską dynastię Idrysydów, mówi się, że jest jak surowy imam. To duchowa stolica kraju. Tutejsze medresy, niegdyś najsłynniejsze uczelnie muzułmańskiego świata, na przełomie X i XI wieku wykształciły papieża Sylwestra III, który powrócił do Europy ze znajomością arabskich cyfr, potem żydowskiego filozofa Majmonidesa, słynnego mistyka Ibn Arabiego. W surowych celach, wyposażonych tylko w półkę na księgi, studenci uczyli się na pamięć całych wywodów filozoficznych zgodnie z zasadą, że bramą do wiedzy jest zrozumienie i pamięć. Potem dyskutowali z profesorami na dziedzińcach medres, w chłodzie podcieni. Dziedziniec medresy Bou Inania, wybudowanej przez sułtana pięknego jak sama budowla i mądrego jak księgi tu składowane, jest popisem arabskiej ornamentyki. Majolikowe mozaiki zwane zellidż, którymi wyłożone są ściany, nie służą jednak tylko uciesze oka. Kontemplacja rozwijającego się na całym dziedzińcu jednego elementu jest drogą do poznania prawdy o nieskończoności Boga. Dziś w medresach Fezu nie toczą się już dysputy na temat matematyki, astronomii, socjologii i medycyny, dziś za imamem recytuje się w nich Koran.

Marrakesz jest dla turystów symbolem Maroka. Miasto otwarte jest na wpływy. Wieje tu gorący wiatr szerokiej pustyni i chłodne podmuchy schodzące z ośnieżonych gór Atlas. Podczas gdy Fez przypomina zamknięty, hermetyczny, mieszczański Kraków, to Marrakesz ma w sobie coś z otwartej na wpływy Warszawy. Ale Marrakesz od kilku lat pełni również rolę Saint Tropez i Beverly Hills. Wille w tutejszych palmeriach, rijady, czyli stare domy z ogrodami w sercu mediny, kuszą prawdziwą egzotyką, oddaloną od europejskich stolic o dwie godziny lotu. Yves Saint Laurent, Alain Delon, Naomi Campbell, Madonna – to tylko niektóre nazwiska rezydentów Marrakeszu. Miasto koloru ochry przyciąga też masy biedaków, których z rodzinnych wiosek wygnała panująca od kilku lat susza. Giną palmy, a ludzie, czekając, aż król zarządzi salat istisqat, czyli powszechną modlitwę o deszcz, ruszają do dużych miast po małe pieniądze. Dżem’a al-Fna – Stowarzyszenie Umarłych taką nazwę nosi główny plac Marrakeszu, najsłynniejszy plac Afryki. Ţebracy, kuglarze, oszuści, artyści, magowie, znachorzy, wróże, treserzy zwierząt, zaklinacze węży, bezdomne, odurzone klejem dzieci i turyści zaczarowani magią Marrakeszu, jego egzotyką, zapachami Wschodu i transową muzyką gnaoua, spotykają się na Placu Umarłych. Jedni zarabiają, drudzy wydają. Między nimi krążą tzw. hennajat, które za kilka dirhamów rudą henną namalują kwieciste wzory na rękach turystek.

Sztuka, magia i tradycja henny, która wymaga skupienia, która jest świętem towarzyszącym najważniejszym wydarzeniom z życia kobiet, tutaj ginie w tandetnych albumikach, jakie prezentują hennajat cudzoziemskim klientkom. Ale henna to obyczaj, który uczy godzić się z przemijaniem, uczy, że nic nie będzie takie, jak było. Wzory na dłoniach i stopach powoli bledną, tracą ostrość. W końcu są już tylko żółtawym cieniem radosnego, świątecznego dnia, który zniknie z dłoni. Ale wtedy hennaja znów pochyli się w skupieniu nad dłońmi i brązową papką nałożoną na ozdobny szpikulec wymyśli inne wzory. Być może z okazji końca ramadanu albo zakończenia okresu panieństwa, albo by uczcić szczęśliwy koniec podróży.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Autor

  • Zuzanna Pol

    Zuzanna Pol

    Współpracuje z nami od kilku lat, pisze reportaże również dla innych tytułów, a na stałe związana jest z Agencją Reutersa.

Ostatnio czytali

  • tami
  • Zbigniew
  • sKahllan
  • kan77
  • lysyk

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się