Mali

30 lipiec 2010


Kupcy rozkładają swoje dobra przed Grand Mosque – jasnożółtą konstrukcją z wysuszonej gliny (gdy pada, zamienia się ona w rozpływającą się błotną breję). Meczet jest tłem dla wielobarwnych strojów przekupek z plemion Bambara, Fulani i niebieskich szat Tuaregów. Ta egzotyczna scenografia ciekawi turystów, antropologów, dziennikarzy, a nawet fotografów mody. Ci ostatni swym nierozsądnym zachowaniem sprawili, że oficjalnie Grand Mosque można oglądać tylko z zewnątrz. Fama głosi, że sprowadzili do środka modelki i urządzili sobie tam sesje, więc rozsierdzony imam zabronił wstępu niewiernym. Nie przeszkadza to sprytnym chłopaczkom za „dodatkową opłatą” tylnym wyjściem wprowadzać turystów, którzy z wypiekami na twarzy konsumują zakazany owoc, fotografują gliniane korytarze i odgrywają Indianę Jonesa, póki zniecierpliwiony przewodnik nie wygoni ich na zewnątrz.

Siedzę na krzywej ławce i jem chudą rybę złowioną w płytkich i mulistych wodach rzeki Bani okalającej Djénné. Kawałek cienia rzucanego przez szmatę rozpostartą nad straganem dzielą ze mną szewc i gromada ubrudzonych pyłem dzieciaków. Wpatrują się w białego, ale prawdziwą przyczynę ich zainteresowania poznaję dopiero wtedy, kiedy rzucam pod ławkę obgryziony szkielet ryby. Jedno z dzieci porywa go niczym kot i oblizując, wysysa z niego resztki. Widząc to, złoszczę się na siebie, na moją niecierpliwość wobec naciągaczy, którzy nieodłącznie towarzyszą nam podczas przedpołudniowego spaceru po miasteczku, na rozdrażnienie, że zgubił się bagaż Ewy, jednej z uczestniczek wyprawy. Spadł z dachu naszego busa, a kierowca nie poczuwa się do odpowiedzialności. Teraz zapewne rzeczy dzielone są przez mieszkańców którejś z wiosek, ale pewnie bardziej przydadzą się im niż mojej koleżance.

Domy z gliny i ze słomy regularnie są tu rozmywane przez deszcze, a mieszkańcy niestrudzenie na nowo lepią fikuśne mury i blanki, wzmacniają ściany. To jedno z bardziej organicznych miast, jakie widziałem. Zostało sklecone z tego, co naniosła rzeka Bani. Architektura Sahelu jest zresztą inspiracją dla budowniczych i architektów z Europy czy USA, eksperymentujących z naturalnymi technikami.

Chociaż w Mali mieszka wiele grup etnicznych, nie wywołuje to poważnych problemów znanych z innych regionów Afryki. Jedziemy spotkać się z Dogonami – plemieniem niewielkim (ich liczebność ocenia się na 400–800 tys.), które wśród naukowców zasłynęło z niezwykle szerokiej wiedzy astronomicznej i mitologii związanej z pochodzeniem ich przodków od Syriusza. Dogoni mają wiele tabu i miejsc zakazanych. Po ich wioskach lepiej poruszać się z lokalnym przewodnikiem. Nas jednak prowadzi Sidi. Mimo że nie jest Dogonem, zna fajne zakamarki, potrafi załatwić w sensownej cenie taniec z maskami, tragarzy czy wózek zaprzężony w muły do wiezienia bagażu.

Najpierw odwiedzamy wioski ukryte między dziwacznie pofałdowanymi skałami majestatycznego urwiska. Lud przeniósł się na płaskowyż, gdy fala islamizacji przetoczyła się w XIX w. przez Afrykę Zachodnią – jako niemuzułmanie uznawani byli za niewolników. W osadach małe chatki ze spiczastymi dachami pełnią funkcję spichlerzy i magazynów, a rzeczy mężczyzn i kobiet trzyma się osobno. Na środku wioski stoi toguna, swoisty dom kultury i ratusz, miejsce, w którym panowie prowadzą dyskusje i odpoczywają. Niski dach toguny ma zapobiegać gwałtownym ruchom i zrywaniu się do kłótni.

Bogata kultura Dogonów jest dość skomercjalizowana – przyzwyczajeni do turystów miejscowi w prawie każdej wiosce trzymają chłodną coca-colę (inaczej byłaby tylko brudna woda ze studni), a taniec masek przyjemnie wypełnia nam ranek (cóż z tego, że został zaaranżowany specjalnie dla nas?). Turystyka pomaga tu zachować lokalne zwyczaje, widać, że ludzie są dumni ze swojej tradycji i odmienności. Gdyby nie pieniądze z zewnątrz, prawdopodobnie ledwie wiązaliby koniec z końcem, odziani w koszulki z lumpeksu, zasłuchani w hip-hop z przydrożnego baru, tak jak w wielu innych miejscach Afryki.

Sidi oczywiście pakuje nas w kłopoty. Dla ochłody prowadzi pod urwisko, do przyjemnego malutkiego wodospadu. Spacer kończy się awanturą, chyba naruszyliśmy jakieś plemienne tabu. Jednak tym razem z gestów krzyczącego dogońskiego starca wynika, że bardziej chodzi o pieniądze niż o zdenerwowanie duchów.

Do Mopti docieramy późnym popołudniem. Mamy całkiem spory wybór hotelików i pensjonatów poupychanych w uliczkach nad Nigrem. W mieście jest lotnisko i port rzeczny, z którego zamierzamy popłynąć w stronę Timbuktu.

Wyruszam na negocjacje z właścicielami piróg, po drodze wymijając pośredników, którzy cenę zawyżą trzykrotnie. Najlepiej rozmawiać z kapitanami bezpośrednio na łodzi, wszystko sprawdzać, zapisywać w umowie, kserować dowody tożsamości, uważać z zaliczkami. Kilka metrów od brzegu rdzewieją statki państwowego przedsiębiorstwa żeglugi rzecznej Comanav. Nimi też można by popłynąć do Timbuktu: trwa to z tydzień, pokład dzieli się z setkami pasażerów. Jednak dla takiej jednostki poziom rzeki musi być dostatecznie wysoki, a zdarza się to coraz rzadziej. Nawet nasza krypa z trudem będzie pokonywać niektóre płycizny.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

  • Artykuł

    Kochankowie z Afryki

    Kochankowie z Afryki

    Wodaabe zniesie każdy wysiłek, by podczas festiwalu Gerewol zdobyć tytuł najpiękniejszego mężczyzny. Jeśli nawet nie zwycięży, zawsze ma szansę, że jedna z kobiet wybierze go sobie na kochanka.

  • Artykuł

    Plemiona

    Plemiona

    Indianie Yanomami budują owalne domy średnicy 50 m, w których żyje kilkanaście lub kilkadziesiąt rodzin, a każda urządza się wokół własnego ogniska. Takie wioski przemieszczają się, uciekając przed wrogami, w poszukiwaniu kobiet lub zwierzyny.

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-08-01 11:05

    bardzo fajne miejsce ,ciekawie opisane i do tego fajna pierwsza fotka;) ta z chłopakiem na łódce

  • Do moderacji
    2010-08-01 07:14

    wspaniałe miejsce....rewelacyjny artykuł

Autor

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się