Kupcy rozkładają swoje dobra przed Grand Mosque – jasnożółtą konstrukcją z wysuszonej gliny (gdy pada, zamienia się ona w rozpływającą się błotną breję). Meczet jest tłem dla wielobarwnych strojów przekupek z plemion Bambara, Fulani i niebieskich szat Tuaregów. Ta egzotyczna scenografia ciekawi turystów, antropologów, dziennikarzy, a nawet fotografów mody. Ci ostatni swym nierozsądnym zachowaniem sprawili, że oficjalnie Grand Mosque można oglądać tylko z zewnątrz. Fama głosi, że sprowadzili do środka modelki i urządzili sobie tam sesje, więc rozsierdzony imam zabronił wstępu niewiernym. Nie przeszkadza to sprytnym chłopaczkom za „dodatkową opłatą” tylnym wyjściem wprowadzać turystów, którzy z wypiekami na twarzy konsumują zakazany owoc, fotografują gliniane korytarze i odgrywają Indianę Jonesa, póki zniecierpliwiony przewodnik nie wygoni ich na zewnątrz.
Siedzę na krzywej ławce i jem chudą rybę złowioną w płytkich i mulistych wodach rzeki Bani okalającej Djénné. Kawałek cienia rzucanego przez szmatę rozpostartą nad straganem dzielą ze mną szewc i gromada ubrudzonych pyłem dzieciaków. Wpatrują się w białego, ale prawdziwą przyczynę ich zainteresowania poznaję dopiero wtedy, kiedy rzucam pod ławkę obgryziony szkielet ryby. Jedno z dzieci porywa go niczym kot i oblizując, wysysa z niego resztki. Widząc to, złoszczę się na siebie, na moją niecierpliwość wobec naciągaczy, którzy nieodłącznie towarzyszą nam podczas przedpołudniowego spaceru po miasteczku, na rozdrażnienie, że zgubił się bagaż Ewy, jednej z uczestniczek wyprawy. Spadł z dachu naszego busa, a kierowca nie poczuwa się do odpowiedzialności. Teraz zapewne rzeczy dzielone są przez mieszkańców którejś z wiosek, ale pewnie bardziej przydadzą się im niż mojej koleżance.
Domy z gliny i ze słomy regularnie są tu rozmywane przez deszcze, a mieszkańcy niestrudzenie na nowo lepią fikuśne mury i blanki, wzmacniają ściany. To jedno z bardziej organicznych miast, jakie widziałem. Zostało sklecone z tego, co naniosła rzeka Bani. Architektura Sahelu jest zresztą inspiracją dla budowniczych i architektów z Europy czy USA, eksperymentujących z naturalnymi technikami.
Chociaż w Mali mieszka wiele grup etnicznych, nie wywołuje to poważnych problemów znanych z innych regionów Afryki. Jedziemy spotkać się z Dogonami – plemieniem niewielkim (ich liczebność ocenia się na 400–800 tys.), które wśród naukowców zasłynęło z niezwykle szerokiej wiedzy astronomicznej i mitologii związanej z pochodzeniem ich przodków od Syriusza. Dogoni mają wiele tabu i miejsc zakazanych. Po ich wioskach lepiej poruszać się z lokalnym przewodnikiem. Nas jednak prowadzi Sidi. Mimo że nie jest Dogonem, zna fajne zakamarki, potrafi załatwić w sensownej cenie taniec z maskami, tragarzy czy wózek zaprzężony w muły do wiezienia bagażu.
Najpierw odwiedzamy wioski ukryte między dziwacznie pofałdowanymi skałami majestatycznego urwiska. Lud przeniósł się na płaskowyż, gdy fala islamizacji przetoczyła się w XIX w. przez Afrykę Zachodnią – jako niemuzułmanie uznawani byli za niewolników. W osadach małe chatki ze spiczastymi dachami pełnią funkcję spichlerzy i magazynów, a rzeczy mężczyzn i kobiet trzyma się osobno. Na środku wioski stoi toguna, swoisty dom kultury i ratusz, miejsce, w którym panowie prowadzą dyskusje i odpoczywają. Niski dach toguny ma zapobiegać gwałtownym ruchom i zrywaniu się do kłótni.
Bogata kultura Dogonów jest dość skomercjalizowana – przyzwyczajeni do turystów miejscowi w prawie każdej wiosce trzymają chłodną coca-colę (inaczej byłaby tylko brudna woda ze studni), a taniec masek przyjemnie wypełnia nam ranek (cóż z tego, że został zaaranżowany specjalnie dla nas?). Turystyka pomaga tu zachować lokalne zwyczaje, widać, że ludzie są dumni ze swojej tradycji i odmienności. Gdyby nie pieniądze z zewnątrz, prawdopodobnie ledwie wiązaliby koniec z końcem, odziani w koszulki z lumpeksu, zasłuchani w hip-hop z przydrożnego baru, tak jak w wielu innych miejscach Afryki.
Sidi oczywiście pakuje nas w kłopoty. Dla ochłody prowadzi pod urwisko, do przyjemnego malutkiego wodospadu. Spacer kończy się awanturą, chyba naruszyliśmy jakieś plemienne tabu. Jednak tym razem z gestów krzyczącego dogońskiego starca wynika, że bardziej chodzi o pieniądze niż o zdenerwowanie duchów.
Do Mopti docieramy późnym popołudniem. Mamy całkiem spory wybór hotelików i pensjonatów poupychanych w uliczkach nad Nigrem. W mieście jest lotnisko i port rzeczny, z którego zamierzamy popłynąć w stronę Timbuktu.
Wyruszam na negocjacje z właścicielami piróg, po drodze wymijając pośredników, którzy cenę zawyżą trzykrotnie. Najlepiej rozmawiać z kapitanami bezpośrednio na łodzi, wszystko sprawdzać, zapisywać w umowie, kserować dowody tożsamości, uważać z zaliczkami. Kilka metrów od brzegu rdzewieją statki państwowego przedsiębiorstwa żeglugi rzecznej Comanav. Nimi też można by popłynąć do Timbuktu: trwa to z tydzień, pokład dzieli się z setkami pasażerów. Jednak dla takiej jednostki poziom rzeki musi być dostatecznie wysoki, a zdarza się to coraz rzadziej. Nawet nasza krypa z trudem będzie pokonywać niektóre płycizny.

Bystra! – kierowca szarpie mnie za rękaw. Transport czeka. Z...

Słyszeliście o ski bums? To narciarscy włóczędzy. Kręcą się ...

Do 27 marca 2012 r. możesz głosować za pomocą SMS na najwybi...

Reklamy ośrodków narciarskich przypominają czasem te proszkó...

Wodaabe zniesie każdy wysiłek, by podczas festiwalu Gerewol zdobyć tytuł najpiękniejszego mężczyzny. Jeśli nawet nie zwycięży, zawsze ma szansę, że jedna z kobiet wybierze go sobie na kochanka.

Indianie Yanomami budują owalne domy średnicy 50 m, w których żyje kilkanaście lub kilkadziesiąt rodzin, a każda urządza się wokół własnego ogniska. Takie wioski przemieszczają się, uciekając przed wrogami, w poszukiwaniu kobiet lub zwierzyny.
Tam gdzie spotyka się południowo-wschodnia Wenezuela, Gujana i północna Brazylia rozciąga się kraina nazwana przez biogeograf...
Jeszcze tylko 7 dni, do wtorku 31 stycznia 2012 r. do godz. 24.00, poprzez stronę www.alpinus-miejodwage.pl można zgłaszać pr...
W związku z wejściem w życie 1 stycznia 2012 roku ustawy abolicyjnej Polska Akcja Humanitarna realizuje projekt, którego cele...
Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...
Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.