Koniec obfitości

3 sierpień 2009


Pikap, którym jeździ Boyd Zimba (zastępca koordynatora programu) i Zacharia Nkhonya (inspektor ds. bezpieczeństwa żywnościowego) nie odpala inaczej niż „na pych”, ale w końcu klekoczący pojazd rusza, a obaj gospodarze wyjaśniają mi, co ich zdaniem jest „ciemną stroną” malawijskiego cudu. – Po pierwsze, nie można bez końca dotować nawozów – mówi Nkhonya. – Po drugie, nie wszyscy korzystają z subsydiów. I po trzecie, to inwestycja na rok, podczas gdy rośliny strączkowe to korzyść na lata, bo jakość gleby stale rośnie, inaczej niż w przypadku stosowania nawozów sztucznych. W małej wiosce Encongolweni grupa rolników wita nas pieśnią o potrawach, które sporządzają z soi i nikli. Siadamy w miejscowym domu spotkań niczym w kościele, a farmerzy opowiadają, w jaki sposób rośliny strączkowe zmieniły ich życie. Historia Ackima Mhone jest typowa. Po tym, jak włączył strączkowe do płodozmianu na swoim poletku, zaczął zbierać dwa razy tyle kukurydzy co przedtem, i to przy o połowę mniejszym zużyciu nawozów. – Zmieniło się życie całej mojej rodziny – mówi Mhone, i dodaje, że dzięki nowej metodzie uprawy mógł ulepszyć dom, a także kupić żywy inwentarz. Kanadyjscy naukowcy odkryli, że po ośmiu latach funkcjonowania programu dzieci ponad 7 000 rodzin biorących w nim udział przybrały na wadze. To przykład, jak w Malawi sprawy stanu gleby i stanu zdrowia ludzi są ze sobą powiązane. Dlatego właśnie Rachel Bezner Kerr, koordynator badań SFHC, jest zmartwiona faktem, że bogate fundacje dążą do nowej zielonej rewolucji w Afryce. – To uzależnienia rolników od drogich surowców produkowanych daleko stąd – mówi. – Bogacą się na tym wielkie kompanie, a nie miejscowa ludność, która powinna polegać na wykorzystywaniu lokalnych zasobów i umiejętności – dodaje Kerr. Wyzwanie, jakim jest dostarczanie w połowie stulecia pożywienia dla 9 mld ludzi, przeraża ogromem. Już dziś 2 mld ludzi mieszka w rejonach suchych, gdzie według prognoz ocieplenie klimatu doprowadzi do dalszego spadku plonów. Tymczasem niezależnie od potencjału roślin, do ich realnego wzrostu potrzebna jest woda. A w nie tak znowu odległej przyszłości na ogromnych obszarach naszego globu być może każdy rok będzie rokiem suszy. Himalajskie lodowce, które obecnie zaopatrują w wodę setki tysięcy ludzi, zwierząt i upraw w Chinach i Indiach, szybko topnieją i do 2035 r. mogą zupełnie zniknąć. Według najczarniejszego scenariusza za 20 lat w Azji Południowej plony niektórych zbóż spadną o 10–15 proc. Prognozy dla południowej Afryki są jeszcze gorsze. W tym już obecnie cierpiącym z powodu braku wody i żywności regionie zbiory kukurydzy mogą, według najbardziej pesymistycznych prognoz, spaść o 30–47 proc. A zegarowa bomba demograficzna ciągle tyka – z każdą sekundą światu przybywa 2,5 osoby do nakarmienia. To znaczy, że w czasie, który poświęcicie na przeczytanie tego artykułu, trzeba zrobić miejsce przy globalnym stole dla 4 500 ludzi. Co nieuchronnie prowadzi nas z powrotem do Malthusa.

W rześki jesienny dzień odwiedzam Bibliotekę Brytyjską i zaglądam do pierwszego wydania książki Malthusa Prawo ludności. Skromny proboszcz niczego bardziej nie pragnął, niż żeby okazało się, że się myli. Chociaż eseje Malthusa koncentrują się na czynnikach kontroli populacji „post factum”, takich jak klęski głodu, zarazy i wojny, bardziej istotna wydaje się być sformułowana przez niego idea „środków prewencyjnych”. Jak wyjaśniał, wzrost siły roboczej prowadzi do spadku płac, co sprawia, że ludzie odkładają decyzję o założeniu rodziny do czasu, kiedy będą mieli większe możliwości jej utrzymania. Opóźnianie wieku zawierania małżeństw obniża wskaźnik płodności kobiet, co ogranicza nadmierny wzrost populacji. Dziś już wiemy, że taki właśnie był mechanizm regulacji przyrostu ludności w zachodniej Europie przez ok. 300 lat przed rewolucją przemysłową – to wybitne odkrycie w naukach społecznych – mówi Dyson.

A jednak, gdy niedawno w Wielkiej Brytanii wyemitowano nowy banknot 20-funtowy, na jego rewersie znalazł się Adam Smith, a nie T.R. Malthus. Ten ostatni nie pasuje do etosu naszych czasów. Nie chcemy zastanawiać się nad tym, co nas ogranicza. Żaden z wielkich klasyków ekonomii nie przewidział nadejścia rewolucji przemysłowej ani tego, jakie przeobrażenia przyniesie ona w rolnictwie i całej gospodarce. Tania energia pozyskiwana z paliw kopalnych spowodowała przyrost produkcji żywności, zamożności społeczeństw i liczby ludności, jakiego świat nigdy przedtem nie zaznał. A jednak niedożywienie i klęski głodu wcale nas nie opuszczają – dzieje się tak, jak przewidywał Malthus.

– Przed laty pracowałem z pewnym chińskim demografem – mówi Dyson. – Któregoś dnia wyjaśnił mi znaczenie dwóch znaków widniejących nad drzwiami jego biura i oznaczających wyraz „populacja”. Jeden z tych ideo-gramów oznacza osobę, a drugi otwarte usta. To mną wstrząsnęło. Ostatecznie musi zaistnieć równowaga między populacją a jej zasobami. A pogląd, że możliwa jest kontynuacja wzrostu bez końca to niedorzeczność.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Gość Gość

Komentarze

  • Gość Gość
    2009-09-13 18:41

    To straszne, że wszystko uderza w najbiedniejszych !!!

  • 2009-08-12 19:00

    nadejdzi dzien kiedy gospodarka rabunkowa wszystkim wyjdzie bokiem

  • 2009-08-05 01:23

    No właśnie…. „Koniec obfitości” niestety tak to już w życiu jest, że nie ma tej prawdziwej sprawiedliwości. Matka natura obdarzyła świat różnymi dobrami, lecz nie każdemu dała to, czego mógłby się spodziewać. Czytając ten artykuł mimowolnie łzy ciekły mi po policzkach, gdyż ludzie tak naprawdę nie zdają sobie sprawy z tego, że wyrzucając do kosza na śmieci jedzienie, gdzieś indziej na świceie ludzie umierają z głodu. Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy spojrzeć na przykład na większą część Europy zachodniej, gdzie ludzie już nie dopinają rozporków w spodniach, wydają mnóstwo pieniędzy na „cud diety odchudzające”, „zajęcia w klubach fitness”, bądź też decydują się na operacyjne zabiegi zwane potocznie „odsysaniem tłuszczu”…. a po drugiej stronie? Ludzie z głodu umierają, bądź walczą ze wszystkich sił o to aby przeżyć. Powiedzmy, że cała część Azji południowo-wschodniej, uzależniona jest od kaprysów pogody. Człowiek tam tylko jest zdatny na wpływy monsunów. Jeśli czasem się opóźni, lub przyjdzie za wcześnie, to ludzie tak naprawdę nie wiedzą co robić, aby walczy o pola ryżowe, sadzone na terasowanych stokach.. Jak dla mnie jest to nie do pomyślenia. Czy nie moglibyśmy im jakoś pomóc? Mamy przecież tak wielką nadwyżkę żywności, również ekologicznej jak i „modyfikowanej genetycznie”. Ależ pomyślmy. Przecież nic na tym nie zarobimy. A tu już nie chodzi o pieniądze, tylko o ludzkie życie…. Ale kto teraz na to zwraca uwagę? Agnieszka B. Lubartów

Autor

Ostatnio czytali

  • Redakcja
  • artur
  • Aneta
  • tami
  • JoJo99
  • elBarto
  • piotrmomo
  • eMilka
  • Kurzawski
  • Andrej23
  • doris85
  • msoltanifar
  • kredka
  • pcogito
  • aga_zabrzuch
  • uczimoo
  • male_chinki
  • geograf
  • Motylek
  • Jadwiga
  • ecj3
  • matasiak
  • s3quin
  • soltanifar
  • milrohir2
  • Ogryzek
  • graaaza

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • Pandy

    Pod koniec wyprawy, podczas której nie było miejsca na luksusy, pozwoliłam sobie zaszaleć i zamiast przeżywać katusze w trakcie trwającej wieczność...

  • Pandy

    Czasami dzieje się tak, że podczas wyprawy, którą uważasz za najciekawszą przygodę, jaka mogła ci się przytrafić, nagle wyskakuje coś, dla czego...

Sklep poleca

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się