Koniec obfitości

3 sierpień 2009


Nie pierwszy raz świat stanął na krawędzi żywnościowego kryzysu – to tylko jego najświeższa powtórka. 83-letni Gurcharan Singh Kalkat żyje wystarczająco długo, by pamiętać jedną z najgorszych klęsk głodu XX w. W 1943 r. w wyniku „maltuzjańskiej korekty” znanej jako głód bengalski zmarło 4 mln ludzi. Przez następne 20 lat Indie musiały importować miliony ton zboża, żeby nakarmić swoich obywateli. Potem nadeszła zielona rewolucja. W połowie lat 60. XX w., kiedy podczas kolejnej wyniszczającej suszy Indie z trudem radziły sobie z zaopatrzeniem ludności w żywność, amerykański hodowca roślin Norman Borlaug współpracował z indyjskimi naukowcami, by wprowadzić w Pendżabie wysokoplenne odmiany pszenicy. – Nowe ziarno było niczym manna z nieba – opowiada Kalkat, który w tym czasie był zastępcą dyrektora pendżabskiego departamentu rolnictwa. Do 1970 r., przy takim samym nakładzie pracy, rolnicy prawie potroili produkcję. – Mieliśmy spory problem, co zrobić z nadwyżkami – mówi Kalkat. – Zamknęliśmy szkoły o miesiąc wcześniej, żeby w budynkach móc zmagazynować plony. Borlaug, urodzony w rolniczym stanie Iowa, uważał za swą misję upowszechnienie w biednych rejonach świata wysokowydajnych metod produkcji rolnej. Tych samych, które uczyniły z amerykańskich stanów Środkowego Zachodu spichlerz planety. Wyhodowane przez Borlauga nowe karłowe odmiany pszenicy o krótkich, mocnych źdźbłach utrzymujących pełne grubych ziaren kłosy, stanowiły przełom. Dawały tyle ziarna, ile żadna z uprzednio znanych odmian – pod warunkiem, że miały pod dostatkiem wody, sztucznych nawozów i były chronione przed chwastami i szkodnikami. Rząd Indii dofinansował budowę kanałów irygacyjnych, wiercenie studni, nawozy i dał chłopom za darmo energię elektryczną do zasilania pomp. Nowe odmiany pszenicy szybko rozpowszechniły się w całej Azji, zmieniając tradycyjne metody uprawy stosowane przez miliony rolników. Po pszenicy przyszła kolej na „cudowne” odmiany ryżu. Nowe zboża dojrzewały szybciej i plonowały dwa razy w roku. Dziś dwukrotne zbiory pszenicy, ryżu czy bawełny są w Pendżabie normą, a region ten – wespół z sąsiednim stanem Harijana – zaspokaja ponad 90 proc. zapotrzebowania na pszenicę w tej części Indii, która cierpi na niedobory zbóż.

Zapoczątkowana przez Borlauga zielona rewolucja nie miała nic wspólnego z modnymi dziś hasłami „przyjazny dla środowiska”. Ta nowa wtedy metoda przemysłowej uprawy wielkich, jednorodnych areałów z użyciem nawozów sztucznych i pestycydów (monokultura) stanowi antytezę lansowanego obecnie ekologicznego trendu. Termin „zielona rewolucja” stworzony w 1968 r. przez Williama S. Gauda, szefa Amerykańskiej Agencji ds. Rozwoju Międzynarodowego, miał być alternatywą dla rosyjskiej czerwonej rewolucji, gdy zastępy głodnych robotników i chłopów obaliły rządy caratu pod hasłami wolności i chleba. Pacyfistyczna zielona rewolucja zatriumfowała, a Borlaug w 1970 r. otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla.

Dziś jednak cud zielonej rewolucji w Pendżabie jest już przeszłością. Od połowy lat 90. XX w. zasadniczo plony już nie rosną. W wyniku zbyt intensywnego nawadniania pól drastycznie spadł poziom wód gruntowych, z których dziś czerpie 1,3 mln studni, a tysiące hektarów żyznej ziemi zostało utraconych wskutek zasolenia lub przewodnienia. 40 lat intensywnego nawadniania, nawożenia i spryskiwania pestycydami nie przysłużyło się mulistym polom Pendżabu, ani – przynajmniej w niektórych wypadkach – mieszkającym tam ludziom.

W zakurzonej wsi Bhuttiwala w okręgu Muktsar członek miejscowej starszyzny Jagsir Singh, z długą brodą i w kobaltowym turbanie, podlicza tragiczne żniwo: – W ciągu ostatnich czterech lat 49 osób zmarło na raka. Większość to młodzi ludzie. Woda nie jest tu dobra. Podczas przechadzki między piramidami suszonego obornika Singh przedstawia mi Amardźet Kaur, smukłą 40-latkę, która przez całe lata czerpała wodę z ręcznej pompy stojącej na podwórzu. W zeszłym roku u Amardźet wykryto raka piersi. Choruje nań też 50-letnia Tedź Kaur. Mówi, że w porównaniu z bólem po stracie wnuka chorego na białaczkę operacja wcale nie była bolesna. Jagdev Singh to 14-letni chłopiec, któremu powoli rozpada się kręgosłup. Siedząc na wózku inwalidzkim, ogląda dubbingowany w hindi odcinek serialu SpongeBob Kanciastoporty. – Lekarze twierdzą, że nie dożyje dwudziestki – mówi ojciec chłopaka.

Nie ma dowodu, że opisane przypadki nowotworów są skutkiem stosowania pestycydów. Naukowcy znaleźli jednak ślady tych związków we krwi chłopów z Pendżabu, w wodzie, którą piją, w warzywach, nawet w mleku, którym ich żony karmią niemowlęta. Do szpitala dla chorych na raka w Bikaner jeździ z rejonu Malwa tak wielu ludzi, że kursujący na tej trasie pociąg przezwano „Cancer Express”. Jakby tego było mało, wysokie ceny nawozów sztucznych i środków ochrony roślin wpędziły wielu pendżabskich rolników w długi. W jednym z badań stwierdzono, że w latach 1988–2006 w 93 wsiach aż 1 400 rolników popełniło samobójstwo. Niektóre organizacje utrzymują, że w tym okresie całkowita liczba samobójstw w stanie Pendżab mogła wynosić nawet 40–60 tysięcy.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Gość Gość

Komentarze

  • Gość Gość
    2009-09-13 18:41

    To straszne, że wszystko uderza w najbiedniejszych !!!

  • 2009-08-12 19:00

    nadejdzi dzien kiedy gospodarka rabunkowa wszystkim wyjdzie bokiem

  • 2009-08-05 01:23

    No właśnie…. „Koniec obfitości” niestety tak to już w życiu jest, że nie ma tej prawdziwej sprawiedliwości. Matka natura obdarzyła świat różnymi dobrami, lecz nie każdemu dała to, czego mógłby się spodziewać. Czytając ten artykuł mimowolnie łzy ciekły mi po policzkach, gdyż ludzie tak naprawdę nie zdają sobie sprawy z tego, że wyrzucając do kosza na śmieci jedzienie, gdzieś indziej na świceie ludzie umierają z głodu. Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy spojrzeć na przykład na większą część Europy zachodniej, gdzie ludzie już nie dopinają rozporków w spodniach, wydają mnóstwo pieniędzy na „cud diety odchudzające”, „zajęcia w klubach fitness”, bądź też decydują się na operacyjne zabiegi zwane potocznie „odsysaniem tłuszczu”…. a po drugiej stronie? Ludzie z głodu umierają, bądź walczą ze wszystkich sił o to aby przeżyć. Powiedzmy, że cała część Azji południowo-wschodniej, uzależniona jest od kaprysów pogody. Człowiek tam tylko jest zdatny na wpływy monsunów. Jeśli czasem się opóźni, lub przyjdzie za wcześnie, to ludzie tak naprawdę nie wiedzą co robić, aby walczy o pola ryżowe, sadzone na terasowanych stokach.. Jak dla mnie jest to nie do pomyślenia. Czy nie moglibyśmy im jakoś pomóc? Mamy przecież tak wielką nadwyżkę żywności, również ekologicznej jak i „modyfikowanej genetycznie”. Ależ pomyślmy. Przecież nic na tym nie zarobimy. A tu już nie chodzi o pieniądze, tylko o ludzkie życie…. Ale kto teraz na to zwraca uwagę? Agnieszka B. Lubartów

Autor

Ostatnio czytali

  • Redakcja
  • artur
  • Aneta
  • tami
  • JoJo99
  • elBarto
  • piotrmomo
  • eMilka
  • Kurzawski
  • Andrej23
  • doris85
  • msoltanifar
  • kredka
  • pcogito
  • aga_zabrzuch
  • uczimoo
  • male_chinki
  • geograf
  • Motylek
  • Jadwiga
  • ecj3
  • matasiak
  • s3quin
  • soltanifar
  • milrohir2
  • Ogryzek
  • graaaza

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • Pandy

    Pod koniec wyprawy, podczas której nie było miejsca na luksusy, pozwoliłam sobie zaszaleć i zamiast przeżywać katusze w trakcie trwającej wieczność...

  • Pandy

    Czasami dzieje się tak, że podczas wyprawy, którą uważasz za najciekawszą przygodę, jaka mogła ci się przytrafić, nagle wyskakuje coś, dla czego...

Sklep poleca

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się