Kolorowe Lofoty

24 marzec 2009


Tę, jedyną zresztą, niedogodność szybko rekompensuje nam przedziwne usytuowanie naszego kempingu. Są to mianowicie niezbyt szerokie, choć w miarę równe tarasy, schodzące stopniowo ku wąskiej zatoce morskiej z przejrzystą, zimną wodą. Rankiem następnego dnia w bezmiernym zdumieniu zamiast jęzora fiordu odkrywamy rozległą, piaszczystą plażę. Morze cofnęło się o dobre sto metrów! Nie chce nam się brnąć po piachu, żeby się wykąpać, czekamy więc, aż woda wróci.
Póki to nie nastąpi, wspinamy się na skałki, które malowniczo ograniczają nasz biwak. Jak na polskie warunki są strome i niebezpieczne, co nie powstrzymuje różnojęzycznej gromady dzieciaków. Ich rodzice, całkowicie zrelaksowani, nawet nie patrzą w tym kierunku, a przecież nawet z dołu widać tablice ostrzegawcze! Z ciekawości wdrapujemy się na szczyt i czytamy: nie wolno śmiecić i przemieszczać kamieni. Nie ma nic o niebezpieczeństwie spadnięcia.
Ponieważ jesteśmy płetwonurkami, z zainteresowaniem rozglądamy się za bazą nurkową. W Kabelvag spotykamy miłych ludzi, którzy wiozą nas łodzią w świetne miejsce. Dziwi ich, że za kołem polarnym chcemy nurkować w piankowych, czyli przemakalnych skafandrach! Chłodna i wzburzona woda norweskich fiordów odstrasza wielu amatorów podwodnej przygody. My jednak udajemy twardzieli. Ale po wynurzeniu się niektórzy z wdzięcznością przyjmują od naszych opiekunów porcję ciepłej wody z termosu, wylaną na plecy pod skafander. Jednak było warto – być na Lofotach i nie zanurkować to jak pojechać do Egiptu i zapomnieć obejrzeć piramidy. Bogactwo życia jest tu nieporównywalnie większe niż w ubogich w pokarm morzach strefy tropikalnej. Skaliste ściany gęsto porośnięte lasami brunatnic są doskonałym schronieniem dla wielu gatunków ryb. Nawet nasze bałtyckie dorsze dorastają tu do rekordowych wymiarów. Spotkanie kilkudziesięciokilogramowej ryby nie jest jednak łatwe – preferują one zwykle głębokości niedostępne dla nurków rekreacyjnych. Ale pływanie w ogromnej ławicy ryb, obserwowanych bacznie przez oczka ukrytych pod kamieniami krabów i homarów, jest też nie lada przeżyciem.
Tam, gdzie silne prądy morskie obmywają pionowe skały, można trafić na kolejną niespodziankę. Podwodne kolorowe ogrody tworzą tu kolonie gąbek i ukwiałów. Na pierwszy rzut oka aż trudno uwierzyć, że to nie rafa koralowa.
Po wielodniowej podróży międzynarodową trasą E10 docieramy do południowego krańca wyspy Vestvagoy, gdzie nasza droga tonie w morzu. W ten sposób odkrywamy cudownie położoną XIX-wieczną wioskę rybacką o dźwięcznej nazwie A. Znaczna jej część została przekształcona w Muzeum Norweskich Wiosek Rybackich – coś w rodzaju parku etnograficznego. Nas jednak najbardziej kusi obserwacja różnych gatunków ptaków, które na tym skrawku wybrzeża znalazły dobre warunki lęgowe. A może, tak jak my, dotarły do końca archipelagu i już nie chciało im się wracać? Chociaż wiemy, że za linią horyzontu są jeszcze dwie wyspy: Vaeroy i Rost, należące do Lofotów, nie jesteśmy już ich ciekawi. Czujemy się pełni wrażeń, nasyciliśmy oczy surowym pięknem tych miejsc. Wystarczy do następnej wyprawy.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Autor

Ostatnio czytali

  • tami
  • Nautilius

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się