Indie - atrakcje wschodu

20 marzec 2009
Indie - atrakcje wschoduZdjęcie: Agencja Forum

Pełna energii Kalkuta ,tchnące spokojem świątynie Orisy, park dzikich tygrysów – to tylko kilka wabików tej części Indii.Myślałem, że znam indyjskie jedzenie, ale menu w Kewpie, restauracji bengalskiej w Kalkucie, pełne jest nieznanych słów: Shukto, Rui, Mishti Doi. Na dodatek nie mam żadnego pomysłu, z którego miejsca zacząć pierwszą podróż po lokalnej kuchni. Na ratunek przychodzi mi moja gospodyni, bengalska instruktorka sztuki gotowania: – Masz szczęście, przyjechałeś tu w porze połowu hilsy. Po chwili na stole pojawia się ryba pływającą w ostrym, zaprawionym musztardą i olejem sosie w kolorze złotego jedwabiu. Będąca gatunkiem śledzia hilsa indyjska to najbardziej poszukiwana ryba wśród uwielbiających owoce morza mieszkańców Kalkuty

KALKUTA

Energia chaosu

Próbuję dania i natychmiast czuję ból przeszywający podniebienie. Hilsa jest faktycznie przepyszna – delikatna, tłusta i silnie aromatyczna – jednocześnie jednak naszpikowana setkami maleńkich, ostrych jak szpilka ości. Usunięcie ich to mozolna i czasochłonna praca.Myślę o hilsie następnego dnia, gdy lawiruję Chowringhee Road, głównym traktem Kalkuty, w samym środku monsunowej ulewy, pośród podejrzanych, chudych jak szkielety żebraków i nachalnych naganiaczy, potykając się na dziurach w chodniku. Nazwa miasta Kalkuta pochodzi od popularnej zwłaszcza w Bengalu bogini Kali, żony Śiwy. Symbolizuje ona zniszczenie, chaos, ale zarazem odrodzenie.


Kalkuta nie jest łatwym kąskiem do przełknięcia. Stolica Bengalu kojarzy się w świecie nie z drapaczami chmur czy pięknymi widokami, ale tłumami na ulicach 13-milionowej metropolii i slumsami. Jednak nawet utknąwszy w zdezelowanej żółtej taksówce w samym środku ulicznego zamieszania, można dostrzec wspaniałości tego miasta, które 200 lat temu było stolicą Indii Brytyjskich. Kolonizatorzy i Hindusi zbijali tu niewyobrażalne fortuny. Pamiątką po nich są wielkie pomniki imperium, np. olbrzymi Victoria Memorial, i nadal urzekające, choć popadające w ruinę megarezydencje, jak Marble Palace. Ich skupisko znajduje się na północnym krańcu Kalkuty.


Hinduscy przedsiębiorcy, którzy zarobili miliony w erze panowania Brytyjczyków, pobudowali te ogromne palladiańskie domiszcza w rozpasanym eurostylu, uwielbianym przez nuworyszy na całym świecie. Dominowały w nich marmury i kryształy, mnożyły się lustrzane sale. Kiedy jednak w 1911 r. Brytyjczycy przenieśli stolicę do Delhi, kalkuckie fortuny znikły, a miasto ucierpiało wskutek wojen. Dziś balkony byłych rezydencji porastają drzewa i krzewy. Niektóre z nich są opuszczone, inne mają dzikich lokatorów. Ten widok jest inspiracją dla poetów, takich jak Rabindranath Tagore, najsławniejszy mieszkaniec Kalkuty, który spędził niemal całe życie w jednym z tych wielkich domów. I, być może, nie jest to przypadek, że dom Tagore jest blisko innego punktu orientacyjnego miasta – oryginalnego sklepu ze słodyczami K.C. Dasa, twórcy Rossomalai – puszystego deseru z cukru i paneer (sera), który serwuje się dziś na całym świecie. Zamawiam kawałek na straganie i zjadam, stojąc na ulicy, otoczony przez rozpychający się łokciami tłum. Ta odrobina słodyczy w chaosie Kalkuty smakuje wspaniale.

BHUBANEŚWAR
Starożytna stolica kultury


Przyjaciel, który często podróżuje do Bhubaneśwaru, przedstawił mnie Aśokowi Kumarowi Ghosal, głównemu nauczycielowi odissi, starożytnej formy tańca z Orisy. Rozmawialiśmy kilka razy krótko przez telefon, aby umówić się na spotkanie. Gdy szedłem do jego studia tańca na starówce Bhubaneśwar, mijając po drodze tysiącletnie świątynie, spodziewałem się spotkać jakiegoś guru w średnim wieku, być może z długimi włosami, brodą i skupionym spojrzeniem. Jednakże mężczyzna, który wita mnie w drzwiach, musiał dopiero skończyć trzydziestkę. Jest przystojny, ma ciemne włosy i wilgotne, czarne oczy. – Proszę wejść – instruuje, wskazując na siedzenie na podłodze, przed grupą 20 małych, chichoczących dziewczynek. Niektóre z nich mają nie więcej niż cztery lata.


Aśok siada obok mnie po turecku i śmiech raptownie cichnie. Spóźnione uczennice w czerwonych i niebieskich sari do ćwiczeń zbliżają się do Kumara i zanim zajmą miejsce, przyklękają, żeby dotknąć jego stóp na znak szacunku. Aśok uderza pałeczką w blok rezonansowy i naraz wszystkie dziewczynki się podnoszą, przemieniając w bogów i boginie, anioły i nimfy. Na ugiętych kolanach, ze stopami skierowanymi na boki, rękami i palcami, a nawet oczami zastygłymi w starożytnych pozach, stają się żywym wyrazem niesamowitej kultury stanu Orisa.


Bhubaneśwar jest wschodnioindyjską Florencją czy Kioto, miastem, w którym kultura osiągnęła tak wysoki poziom wyrafinowania, że zdołała przeniknąć materię życia codziennego. Architektura, rzeźba, malarstwo, religia, rękodzieło, a nawet moda są ze sobą połączone (wzory i motywy rzeźb świątynnych znajdują swe odzwierciedlenie w zdobnictwie sari tutejszych kobiet). Ludzie modlą się w ochrowo-brązowych świątyniach, których fasady pokrywa olbrzymia liczba rzeźb figuralnych i symboli rodem z hinduistycznego, a także innych panteonów (w ciągu minionego tysiąclecia Orisa była bogatym królestwem, handlującym z Azją Południowo-Wschodnią; tu krzyżowały się różne nurty religijne – hinduizm, buddyzm i dźinizm).


W Bhubaneśwar nie ma zbyt wielu zagranicznych podróżnych. Być może niechęć do odwiedzania miasta wynika z faktu, że jego najsławniejsza atrakcja, olbrzymia XI-wieczna świątynia Lingaradźa, jest dostępna wyłącznie dla wyznawców hinduizmu. Jedynego sposobu, by rzucić okiem na zespół świątynny i jego wieże, dostarcza znajdująca się w pobliżu platforma. Jednakże w mieście, w którym kiedyś były tysiące świątyń, nadal zachowało się ponad 50 z nich (mają po tysiąc lat). Można je bez problemu zwiedzać, a każda z nich to mała przygoda. W Mukteśwarze, kiedy spaceruję pod pięknym kamiennym zwieńczeniem portalu świątyni, podchodzi do mnie jakiś kapłan. Sądziłem, że liczy na jakiś datek, ale on pyta mnie o imię i prowadzi do wewnętrznego sanktuarium. Tutaj pisze modlitwę (widzę, że umieszcza moje imię w sanskryckich sylabach) do Śiwy, wręcza mi kwiat i namaszcza moje czoło czerwonym proszkiem khum khum, trzecim okiem.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Autor

Ostatnio czytali

  • artur
  • tami
  • Ania B.
  • mosquito
  • Evelyn

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się