Pełna energii Kalkuta ,tchnące spokojem świątynie Orisy, park dzikich tygrysów – to tylko kilka wabików tej części Indii.Myślałem, że znam indyjskie jedzenie, ale menu w Kewpie, restauracji bengalskiej w Kalkucie, pełne jest nieznanych słów: Shukto, Rui, Mishti Doi. Na dodatek nie mam żadnego pomysłu, z którego miejsca zacząć pierwszą podróż po lokalnej kuchni. Na ratunek przychodzi mi moja gospodyni, bengalska instruktorka sztuki gotowania: – Masz szczęście, przyjechałeś tu w porze połowu hilsy. Po chwili na stole pojawia się ryba pływającą w ostrym, zaprawionym musztardą i olejem sosie w kolorze złotego jedwabiu. Będąca gatunkiem śledzia hilsa indyjska to najbardziej poszukiwana ryba wśród uwielbiających owoce morza mieszkańców Kalkuty
KALKUTA
Energia chaosu
Próbuję dania i natychmiast czuję ból przeszywający podniebienie. Hilsa jest faktycznie przepyszna – delikatna, tłusta i silnie aromatyczna – jednocześnie jednak naszpikowana setkami maleńkich, ostrych jak szpilka ości. Usunięcie ich to mozolna i czasochłonna praca.Myślę o hilsie następnego dnia, gdy lawiruję Chowringhee Road, głównym traktem Kalkuty, w samym środku monsunowej ulewy, pośród podejrzanych, chudych jak szkielety żebraków i nachalnych naganiaczy, potykając się na dziurach w chodniku. Nazwa miasta Kalkuta pochodzi od popularnej zwłaszcza w Bengalu bogini Kali, żony Śiwy. Symbolizuje ona zniszczenie, chaos, ale zarazem odrodzenie.
Kalkuta nie jest łatwym kąskiem do przełknięcia. Stolica Bengalu kojarzy się w świecie nie z drapaczami chmur czy pięknymi widokami, ale tłumami na ulicach 13-milionowej metropolii i slumsami. Jednak nawet utknąwszy w zdezelowanej żółtej taksówce w samym środku ulicznego zamieszania, można dostrzec wspaniałości tego miasta, które 200 lat temu było stolicą Indii Brytyjskich. Kolonizatorzy i Hindusi zbijali tu niewyobrażalne fortuny. Pamiątką po nich są wielkie pomniki imperium, np. olbrzymi Victoria Memorial, i nadal urzekające, choć popadające w ruinę megarezydencje, jak Marble Palace. Ich skupisko znajduje się na północnym krańcu Kalkuty.
Hinduscy przedsiębiorcy, którzy zarobili miliony w erze panowania Brytyjczyków, pobudowali te ogromne palladiańskie domiszcza w rozpasanym eurostylu, uwielbianym przez nuworyszy na całym świecie. Dominowały w nich marmury i kryształy, mnożyły się lustrzane sale. Kiedy jednak w 1911 r. Brytyjczycy przenieśli stolicę do Delhi, kalkuckie fortuny znikły, a miasto ucierpiało wskutek wojen. Dziś balkony byłych rezydencji porastają drzewa i krzewy. Niektóre z nich są opuszczone, inne mają dzikich lokatorów. Ten widok jest inspiracją dla poetów, takich jak Rabindranath Tagore, najsławniejszy mieszkaniec Kalkuty, który spędził niemal całe życie w jednym z tych wielkich domów. I, być może, nie jest to przypadek, że dom Tagore jest blisko innego punktu orientacyjnego miasta – oryginalnego sklepu ze słodyczami K.C. Dasa, twórcy Rossomalai – puszystego deseru z cukru i paneer (sera), który serwuje się dziś na całym świecie. Zamawiam kawałek na straganie i zjadam, stojąc na ulicy, otoczony przez rozpychający się łokciami tłum. Ta odrobina słodyczy w chaosie Kalkuty smakuje wspaniale.
BHUBANEŚWAR
Starożytna stolica kultury
Przyjaciel, który często podróżuje do Bhubaneśwaru, przedstawił mnie Aśokowi Kumarowi Ghosal, głównemu nauczycielowi odissi, starożytnej formy tańca z Orisy. Rozmawialiśmy kilka razy krótko przez telefon, aby umówić się na spotkanie. Gdy szedłem do jego studia tańca na starówce Bhubaneśwar, mijając po drodze tysiącletnie świątynie, spodziewałem się spotkać jakiegoś guru w średnim wieku, być może z długimi włosami, brodą i skupionym spojrzeniem. Jednakże mężczyzna, który wita mnie w drzwiach, musiał dopiero skończyć trzydziestkę. Jest przystojny, ma ciemne włosy i wilgotne, czarne oczy. – Proszę wejść – instruuje, wskazując na siedzenie na podłodze, przed grupą 20 małych, chichoczących dziewczynek. Niektóre z nich mają nie więcej niż cztery lata.
Aśok siada obok mnie po turecku i śmiech raptownie cichnie. Spóźnione uczennice w czerwonych i niebieskich sari do ćwiczeń zbliżają się do Kumara i zanim zajmą miejsce, przyklękają, żeby dotknąć jego stóp na znak szacunku. Aśok uderza pałeczką w blok rezonansowy i naraz wszystkie dziewczynki się podnoszą, przemieniając w bogów i boginie, anioły i nimfy. Na ugiętych kolanach, ze stopami skierowanymi na boki, rękami i palcami, a nawet oczami zastygłymi w starożytnych pozach, stają się żywym wyrazem niesamowitej kultury stanu Orisa.
Bhubaneśwar jest wschodnioindyjską Florencją czy Kioto, miastem, w którym kultura osiągnęła tak wysoki poziom wyrafinowania, że zdołała przeniknąć materię życia codziennego. Architektura, rzeźba, malarstwo, religia, rękodzieło, a nawet moda są ze sobą połączone (wzory i motywy rzeźb świątynnych znajdują swe odzwierciedlenie w zdobnictwie sari tutejszych kobiet). Ludzie modlą się w ochrowo-brązowych świątyniach, których fasady pokrywa olbrzymia liczba rzeźb figuralnych i symboli rodem z hinduistycznego, a także innych panteonów (w ciągu minionego tysiąclecia Orisa była bogatym królestwem, handlującym z Azją Południowo-Wschodnią; tu krzyżowały się różne nurty religijne – hinduizm, buddyzm i dźinizm).
W Bhubaneśwar nie ma zbyt wielu zagranicznych podróżnych. Być może niechęć do odwiedzania miasta wynika z faktu, że jego najsławniejsza atrakcja, olbrzymia XI-wieczna świątynia Lingaradźa, jest dostępna wyłącznie dla wyznawców hinduizmu. Jedynego sposobu, by rzucić okiem na zespół świątynny i jego wieże, dostarcza znajdująca się w pobliżu platforma. Jednakże w mieście, w którym kiedyś były tysiące świątyń, nadal zachowało się ponad 50 z nich (mają po tysiąc lat). Można je bez problemu zwiedzać, a każda z nich to mała przygoda. W Mukteśwarze, kiedy spaceruję pod pięknym kamiennym zwieńczeniem portalu świątyni, podchodzi do mnie jakiś kapłan. Sądziłem, że liczy na jakiś datek, ale on pyta mnie o imię i prowadzi do wewnętrznego sanktuarium. Tutaj pisze modlitwę (widzę, że umieszcza moje imię w sanskryckich sylabach) do Śiwy, wręcza mi kwiat i namaszcza moje czoło czerwonym proszkiem khum khum, trzecim okiem.

Bystra! – kierowca szarpie mnie za rękaw. Transport czeka. Z...

Słyszeliście o ski bums? To narciarscy włóczędzy. Kręcą się ...

Do 27 marca 2012 r. możesz głosować za pomocą SMS na najwybi...

Reklamy ośrodków narciarskich przypominają czasem te proszkó...
Tam gdzie spotyka się południowo-wschodnia Wenezuela, Gujana i północna Brazylia rozciąga się kraina nazwana przez biogeograf...
Jeszcze tylko 7 dni, do wtorku 31 stycznia 2012 r. do godz. 24.00, poprzez stronę www.alpinus-miejodwage.pl można zgłaszać pr...
W związku z wejściem w życie 1 stycznia 2012 roku ustawy abolicyjnej Polska Akcja Humanitarna realizuje projekt, którego cele...
Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...
Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.