Elbrus pod napięciem

19 marzec 2009
Elbrus pod napięciem

Przez wiele lat uważano, że najwyższym szczytem Europy jest Mont Blanc. „Biała Góra” wysokości 4 807 m n.p.m. leży w Alpach i jest łatwo dostępna, bo większość atakujących ją wspinaczy rusza z turystycznej miejscowości Chamonix, a do wysokości 3 842 m n.p.m. jeździ kolejka górska.

eMiejsce akcji: Rosja, Elbrus
Bohaterowie: Ja, Darek i Artur

Jednak pewnego dnia włoski wspinacz Reinhold Messner chciał jako pierwszy na świecie zostać zdobywcą Korony Ziemi (czyli stanąć na wierzchołkach najwyższych szczytów na siedmiu kontynentach). Problem polegał jednak na tym, że już ktoś przed nim wpadł na ten pomysł… Hmm, co tu zrobić? Zamienić góry w zestawie tych zaliczanych do Korony Ziemi i zrealizować ten projekt raz jeszcze. Ogłosił więc światu, że nie Góra Kościuszki, a Puncak Jaya jest najwyższym szczytem Australii i Oceanii, zaś Mont Blanc nie jest najwyższą górą Europy, bo jest nią… Elbrus! Ale czy faktycznie Elbrus leży w Europie?! Wielkie było zdziwienie, bo geografowie twierdzą, że nie. Ale skoro Wielki Reinhold tak powiedział… I tak zaczęła się kariera tej niezbyt urodziwej góry leżącej w Kaukazie. Piotr Pustelnik powiedział kiedyś: „Jeśli ktoś uważa, że Elbrus leży w Europie, powinien zobaczyć, jak wyglądają toalety w Mineralnych Wodach” (nazwa miejscowości, w której ląduje się przed wyprawą). Już wkrótce miałam się przekonać, że miał rację…

Nie lubię biegaczy


Może byłoby tu całkiem ładnie, gdyby nie ten... „syf” dookoła. Zewsząd wystają fragmenty jakiś stalowych konstrukcji niczym zasieki na polu bitwy, druty, kawałki roztrzaskanych ratraków, zardzewiałe koła od rowerów (co, do cholery na tej wysokości robią części rowerowe?!) – po prostu wszystko… W tym kosmicznym krajobrazie wulkanicznych skał robi to przerażające wrażenie! A w środku tego „pieprznika” (nazywając rzeczy po imieniu) leżą gigantyczne beczki po paliwie rakietowym wymalowane na ostre kolory. Mają wycięte okienka i namalowane numery na drzwiach. Okazuje się, że jest to... schronisko. Wot tjochnika!

Tak powitała mnie ta zwalista góra, kiedy dostaliśmy się na wysokość 4 347 m n.p.m. i rozpoczęliśmy ostateczny etap aklimatyzacji przed atakiem szczytowym (wcześniej dla wprawy wchodziliśmy na okoliczne „pagórki” – każdy z nich miał, bagatela, ok. 4–5 tys. m n.p.m.).

Na jednym z odcinków wspinaczki aklimatyzacyjnej (kiedy dyszałam jak lokomotywa, byłam zlana potem i ledwo człapałam do góry noga za nogą), usłyszałam za plecami miarowe pokrzykiwania odin, dwa, tri, czetyrie. Chwilę później minęła mnie grupa osób sunąca z prędkością pociągu w kierunku szczytu! Czy jest ze mną aż tak źle? – pomyślałam, zbita z tropu. Okazało się, że to reprezentacja Rosji w lekkoatletyce...

Aklimatyzacja

Dni mijały leniwie, a my czuliśmy się coraz lepiej, tyle że „ze sprężem w górach jest tak, że albo jest, albo go nie ma”. U mnie nie było go wcale. Podczas ostatniego z planowanych wyjść aklimatyzacyjnych, przy tzw. Skałach Pastuchowa, zaczęłam zawracać i dokładnie w tym samym momencie popsuła się pogoda – niebo zaszło chmurami, temperatura gwałtownie spadła, zaczął padać śnieg. Dopiero wówczas poczułam, że jestem zbyt cienko ubrana, więc przyśpieszyłam kroku… Zrozumiałam też, że Elbrus potrafi pokazać „pazur” – zresztą jak każda góra...

Minęliśmy doszczętnie spalone przed laty schronisko Priut (gdyby znajdowało się na Zachodzie, to już dawno byłoby odbudowane i serwowano by w nim napoje i posiłki amerykańskim wspinaczom za dewizy…) i wyszliśmy na wielkie śnieżne plateau. Wtedy już zaczynało grzmieć i solidnie błyskać. Licząc tempo wędrówki burzy i moje uznałam, że i tak będę pierwsza, a poza widokiem fajerwerków na horyzoncie nic mi nie grozi. Nagle poczułam coś dziwnego – jakby przeszło przeze mnie wyładowanie elektryczne… W ułamku sekundy zobaczyłam iskry „przebiegające” po kapturze kurtki, który miałam mocno naciągnięty na głowę. Przedziwne uczucie! Brr… Niemal w tym samym momencie włosy stanęły mi dęba. Dosłownie! Zaczęłam więc w panice ściągać z siebie ubranie, plecak... Ale najbardziej przerażały mnie te włosy, sterczące na wszystkie strony, które iskrzyły, a wszystko dookoła zapachniało... właśnie, czym?

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2011-12-22 13:53

    Czy to nie jest Pani Maryna Wojciechowska z tymi "szpikulcami na głowie"...?...Co ona tam robi?... Mam nadzieje, że coś w miarę sensownego...Bo to chyba jest ona? Czy już jakaś zjawa czy duszek w amoku:)...Mam nadzieje, że to jeszcze jest Ona...No a teraz jadę samochodem sobie, przejechać się, jak zwykle 60-80 km/h. Bardzo ostrożnie i z głową na karku a nie ego. Przy 60 km/h można bardzo ładnie się pokiereszować. Ps. Kiedyś jechałem z kolegą samochodem- minęła nas Honda ta mała, CRX? Z tym tyłem przyciętym. Grzała tak , że tył wspaniale tańczył z boku na bok. Za kilka kilometrów my wyprzedziliśmy ją, pogotowie i chyba straż jeśli się nie mylę. 3 trupy. Głowę jednego z uczestników szukali pośród drzew. Ale grzała wspaniale!... Sam też dachowałem (90 na godzinę ), 4 osoby, nic się nikomu nie stało...Nie zmyślane historie. Samochody, taa...Ja prawka nie mam, także mam puki co "problem samochodowy" z głowy. Wesołych Świąt, z samochodem czy bez niego. Pozdrawiam....................

Autor

Ostatnio czytali

  • monia
  • Kamil
  • Arvena
  • Iwona0805
  • Franek

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się