Dookoła świata – RumuniaZdjęcie: Maciek Biernacki

Pogromca wampirów popchnął mnie w ciemność i zatrzasnął drzwi. Sama, w kompletnej ciszy, poczułam ten sam rodzaj strachu, który w szponiaste dłonie chwycił Jonathana Harpera, prawnika uwięzionego w zamku ze słynnej powieści o Drakuli. Jej autor, irlandzki pisarz Bram Stoker, wystawiał swego bohatera na liczne próby. Kazał mu krążyć po labiryntach, uciekać przed wampirami, grzebać w wypełnionych ziemią trumnach.

Na pociechę Jonathan Harper mógł oglądać przez okna zamczyska światło słońca. Mnie spowijała tylko czerń. W niej zaś czaił się hrabia Dracula, gotowy w każdej chwili wbić się zębami w moją – jakby nie było – białą szyję. Do tego nagle ożyły ściany. Wybrzuszyły się pod ciężarem napierających na nie wielkich łap, o posadzki odbił się dziki skowyt, zaś szkielet stojący na czarnej dróżce zaczął niebezpiecznie się poruszać. Pozostało mi tylko jedno. – Jestem już wystarczająco wystraszona! – jęknęłam, usiłując zachować resztki nadwątlonej godności, ściskając kurczowo główkę czosnku w kieszeni. Wampiry pojęły w mig. Drakula we własnej osobie wyskoczył z kryjówki i otulił mnie czarną peleryną. Poszliśmy w stronę światła. Światło doprowadziło nas do Tawerny pod Szkieletorem, gdzie stoliki miały kształt trumien, a fotele obicia godne NRD-owskiej knajpki dla kierowców tirów. Na czerwonym skaju wygodnie rozpierał się już pogromca wampirów, Drakula zaś zdjął gumową maskę i odetchnął.Tak zakończył pierwszy akt nieformalnego spektaklu „Wizyta w Branie, czyli atrakcje przed wejściem do prawdziwego zamku krwawego księcia”.
Podróż w poszukiwaniu śladów mrocznego władcy wampirów zaczęłam właśnie w komercyjnym miasteczku u stóp najsłynniejszej warowni Rumunii. Tam, w połączonym z tawerną „Nawiedzonym Domu”, czeka w ukryciu pięciu aktorów. W zależności od potrzeb – straszą, krzyczą i wyją. Napisy przed wejściem lojalnie uprzedzają, do środka nie powinny wchodzić kobiety w ciąży, ciśnieniowcy i turyści z chorym sercem. I, na Drakulę, wiele w tym prawdy! Niby to jarmarczna zabawa, ale w środku nawet prawdziwy wampir mógłby mieć kłopot ze złapaniem oddechu.
Zamek Bran, malowniczo osadzony na niewielkiej skale, to najczęściej oblegany zabytek Rumunii. Choć Vlad Tepes, czyli słynny Drakula, zatrzymał się tu zaledwie na kilka godzin, warownia znana jest na świecie jako jego siedziba. Na reklamówkach zabytku latają nietoperze, dziewice czwórkami idą na rzeź, a wampiry hektolitrami chłepczą krew.
Bran stał się dla świata siedzibą okrutnego władcy w wyniku literackiego zamieszania. Sławę przyniosła mu napisana 1897 roku powieść Stokera o drapieżnym Drakuli, który więzi w swoim karpackim zamku londyńskiego prawnika, a następnie, przysypany ziemią, robi sobie w trumnie wypad do Anglii, gdzie pije krew z kogo popadnie. Stoker pomieszał w swojej książce dwie postaci: samego Vlada i jego ojca, Vlada Dracula, od jednego biorąc imię (dracul oznacza diabła), od drugiego osobowość. Z czasem młody Vlad też zaczął być nazywany przez wrogów Drakulą, czyli diabłem. Stoker przerobił go jeszcze na krwiopijcę. Bran to idealna scenografia dla takiego potwora, szybko więc warownia została skojarzona z legendą i tak już zostało. Tajne przejścia, tajemniczy tunel biegnący spod studni na dziedziniec, meble ozdobione maszkaronami – to wszystko dodaje Branowi tajemniczości. Przewodni-ki zgodnie zresztą informują: ten zamek wybudowano z myślą o turystach. Prawda jednak jest prawie tak okrutna, jak sam Dracula. Wzniesiona w wieku XIII twierdza, w XIX przebudowana w pseudobajkowym stylu, z trudem mieści się w pierwszej dziesiątce rankingu „mroków średniowiecza”. Szanujący się łowca wampirów zajrzy więc do Branu, jednak zaraz potem uda się do Poienari.
Oienarii de Arges – dawna twierdza graniczna między Transylwanią a Wołoszczyzną – wisi na stromej skale, na szczyt której prowadzi 1480 stopni. Góry Fogaraskie, część Karpat Południowych, mają tu zabójczy urok. I to w każdym tego słowa znaczeniu. Nicolae Ceausescu kazał przeprowadzić przez tę zieloną pustynię Szosę Transfogaraską, której budowa zabrała życie 38 pracującym przy niej żołnierzom. Z powodu lawin otwarta jest w całości tylko przez trzy miesiące w roku, zaś w każdej chwili z góry może runąć kawałek skały. Ta druga, najwyżej przebiegająca droga w kraju, kulminację osiąga na wysokości 2043 m n.p.m. (jakiż tu jest widok!). Jak na ironię, powstała dla czołgów – „Geniusz Karpat” chciał ją wykorzystać w razie ewentualnych rozruchów.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2009-09-11 18:46

    świetny dobry artykuł - fajnie z ciekawością mi się czytało - mam pytanko bardzo ważne i prosiłbym o kontakt bo tak jak Pani interesuję się dolnym śląskiem

Autor

Ostatnio czytali

  • tami
  • butterfl
  • yonkers
  • Iwona0805
  • cubator

Czytali także

Aktualności

  • Makulatura dla zwierząt

    Fundacja Viva! w porozumieniu z firmą Baj-Pros Eko informują, że rozpoczynają akcję „makulatura dla zwierząt”. Dzięki niej bę...

  • Ptolemais zaginione miasto w Libii

    Pod patronatem National Geographic Polska ukazał się album fotograficzny: "Ptolemais zaginione miasto w Libii". Publikacja je...

  • Polskie dni w Andorze 26.03-03.04.2012

    Andora to jedno z najmniejszych państw na świecie znajdujące się w Pirenejach zaledwie 200 km od Barcelony na pograniczu Fran...

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się