Czyż nie jest śliczna?

18 styczeń 2010


Ten związek koczownika i wielbłąda rozpoczął się przed tysiącami lat w sercu Półwyspu Arabskiego. Po pierwsze – wielbłądy były środkiem transportu przez pustynię. Służyły też jako wierzchowce podczas najazdów na inne plemiona, kiedy to zdobywano kolejne stada lub odzyskiwano własne. Przez pierwszą połowę życia Bin Tanafa wielbłądy należące do jego rodziny produkowały mleko do picia oraz sierść, z której wyplatano koce i namioty. Ich odchodami palono w ogniskach, a moczem tępiono wszy.

W świecie Beduinów ziemia nie ma żadnej wartości, ich życie koncentruje się na ciągłym ruchu, dlatego to wielbłąd stał się wyznacznikiem materialnego statusu człowieka. Nic dziwnego, że stworzył on bogate słownictwo, pozwalające opisać wygląd i stan zwierząt. Asayel to szlachetne wielbłądy o czerwonawym umaszczeniu. Majahim mają ciemną sierść. Źrebię wielbłąda płci żeńskiej to houraa, a młoda matka – bikr. Samiec w okresie dojrzewania nazywany jest fahl, samica to jathaa. Jeśli miała ostatnio kontakt z samcem, a jej wymiona nabrzmiały, mówi się o niej laqha. Żaden etap rozwoju wielbłąda, zachowanie czy zmiana nie pozostały bez nazwy. Człowiek i wielbłąd zaczęły stanowili nierozłączną całość.

Później jednak, jak mówi Bin Tanaf, coś się zmieniło. Anglicy opuścili te tereny w 1971 r., oddając Beduinom kontrolę nad polami naftowymi. Emirowie poszczególnych plemion zebrali się, by utworzyć Zjednoczone Emiraty Arabskie i ustanowili Abu Zabi swoją stolicą. Od tej chwili pieniądze – olbrzymia fala pieniędzy – popłynęły na pustynię. Bin Tanaf zaczął sprzedawać samochody, które wzbogaceni na ropie mieszkańcy kupowali jak szaleni. Jego rodacy dorabiali się fortun na budownictwie, transporcie i na samej ropie. Dotychczas wielu z nich żyło w takim ubóstwie, że nie rozumieli nawet koncepcji pieniędzy i bogactwa, teraz zaś poranne promienie słońca z trudem przebijały się przez znajdujące się w ich rękach góry złota. Sami nie potrafili czytać ani pisać, jednak swoich synów posyłali na naukę do Londynu i Paryża. Namioty z wielbłądziej sierści zamienili na szklane wieżowce Abu Zabi i Dubajju.

Na początku „mieszczuchy” – sami niedawno oderwani od pustyni – traktowali sporadyczne wizyty Beduinów jako ciekawostkę. Widzieli w nich biedaków noszących cały dobytek w jednym worku. Dziś jednak obraz ten nabrał cech romantycznych: koczownik stał się kwintesencją arabskości, symbolem wolności. Taki Arab ropą się nie interesuje – wystarcza mu byle pokarm i woda dla wielbłąda, na którego grzbiecie zmierza w stronę zachodzącego słońca.

Arabski koczownik przypomina amerykańskiego kowboja. Tak jak zamożni Amerykanie uwielbiają się chwalić swoimi rasowymi końmi, tak Beduini postępują z wielbłądami. Arabski dżentelmen spędza weekendy w swoich stajniach. Dogląda zwierząt, karmi je, czyści. A jeśli czasem na nie warknie, szybko zaczyna śpiewać pieśń z prośbą o przebaczenie. Kocha swoje zwierzęta. I bez ustanku przygotowuje je do udziału w zażartej rywalizacji.

Arena konkursowa odzwierciedla koczowniczy tryb życia doprowadzony do luksusowej przesady. Beduini wznoszą namiot, pod którym budują wielopiętrową trybunę z obitymi pluszem krzesłami, otoczoną dziesiątkami ekranów, na których pokazywana jest relacja z odbywających się właśnie zawodów. Służący roznoszą herbatę i kadzidło. Znajdujące się w pobliżu lotnisko jest gotowe na przyjęcie helikopterów wiozących szejków i księżniczki. Kobiety spędzają każdy dzień, robiąc zakupy na pobliskim suku, targowisku wielkości małego miasteczka wybudowanym specjalnie na potrzeby konkursu.

Dookoła widać dziesiątki beduińskich obozowisk, z których co dnia o świcie przybywają uczestnicy prowadzący na arenę swoje zwierzęta. Na parkingu przed namiotem w rządkach stoją luksusowe samochody sportowe. Ponad 140 range roverów, nissanów, toyot stanowi nagrody w poszczególnych etapach konkursu. Sędziowie przyznają wyróżnienia dla pojedynczych wielbłądów, dla najmłodszych wielbłądów, dla samców.

Najważniejszego dnia zawodów, kiedy odbywa się olbrzymia parada wielbłądzic, Bin Tanaf i jego kuzyn Rames doglądają swoich podopiecznych. Szpiedzy spisali się tej nocy doskonale. Do świtu Rames wydał potajemnie 2 mln dolarów na kilka czarujących sztuk. Bin Tanaf za ponad milion kupił tylko jedno zwierzę. Choć słońce stało coraz wyżej na niebie, obaj mężczyźni ruszali się bez pośpiechu. W ich kulturze kazać na siebie czekać to podkreślić swoją rangę i status, każdy z zawodników chciał więc wejść na arenę jako ostatni, dodając sobie splendoru. Jeden z organizatorów konkursu przybył właśnie do obozowiska, by ponaglić Ramesa.
– Martwię się, że sędziowie wkrótce nakażą zamknięcie bram – oznajmił. Rames spojrzał na niego z niezmąconym spokojem, przybierając królewską pozę.
– Nie przejmuj się – odparł. – Na pewno tego nie zrobią.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-03-04 08:33

    Czy w Polsce ktoś choduje wielbłady?

  • Do moderacji
    2010-02-05 15:43

    Niesammowity artykuł... ;-)

Autor

Ostatnio czytali

  • artur
  • andrzej
  • magg44
  • Madzia
  • keva
  • pierzgal
  • Buczas
  • roxa1
  • Andrej23
  • kasia_m91
  • Witcher
  • milrohir2
  • Stasiala
  • andbaj
  • pilar1991
  • Gniewosz
  • joan
  • gilmo
  • Mateusz_R
  • isul
  • naten
  • cubator
  • Krisp
  • pierzyna
  • Junior
  • Sewer
  • ewand

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się