Czarne chmury nad Afganistanem

20 sierpień 2010

Każdy obcy wjeżdżający do doliny Pandższeru, musi się zameldować na posterunku.

Tadżyccy policjanci zatrzymują samochody. Jeden z nich wychyla się z okienka i pyta kierowcę, skąd jestem. – Franse – odpowiada szofer w dari (pewnie ostatnio wiózł Francuza), a Tadżyk zapisuje numery wozu. Na ścianach posterunku wiszą kilimy z Ahmedem Szahem Massudem. Bohater sowiecko-afgańskiej wojny zginął w 2001 r., zabity przez agentów bin Ladena, ale Afgańczycy wciąż kupują jego fotografie, aby przykleić je na szybie auta lub postawić w oknie. Po obu stronach drogi rdzewieją sowieckie czołgi, BWP i wyrzutnie katiusz. W latach 80. zniszczyli je mudżahedini Massuda, kiedy Armia Czerwona aż sześciokrotnie bezskutecznie szturmowała dolinę. Im głębiej w nią wjeżdżamy, tym robi się bardziej zielono. Za wiszącym mostem, nad tarasowymi polami wyłania się pierwsza tadżycka wioska. Mężczyźni w czapkach pakolkach i tradycyjnym ubraniu szalwari kamiz siedzą przed glinianymi chatami, żując zmielony tytoń nawar. Kobiety znoszą na głowach chrust na opał. Widać podział obowiązków – założenie jest takie, że mężczyzna przestanie się obijać, kiedy przyjdzie mu bronić domu. Robotnicy w odblaskowych kamizelkach kładą nowy asfalt – jedyna w Pandższerze porządna droga prowadzi do budowanego mauzoleum Massuda. Powstaje ono w najwyższym miejscu doliny, na skale otoczonej szczytami Hindukuszu. Co roku 9 września, w rocznicę śmierci partyzanta, zjeżdżają tu tysiące jego wielbicieli i przedstawiciele władz. Na marmurowym grobie leżą świeże kwiaty, przed wejściem stoi jeden z byłych mudżahedinow Lwa Pandższeru – ubrany w wypłowiały kamuflaż, gładzi siwiejącą brodę i z ciekawością mi się przygląda.

Kilka miesięcy później wracam do Afganistanu jako korespondent przed wyborami prezydenckimi.

W Kabulu zamachy, ofiary śmiertelne i dziesiątki rannych. Codziennie! Rano rozmawiam z rannymi w szpitalu wojskowym, kursuję z amerykańskim lekarzem po obozach uchodźców, a po południu idę do MSW przedłużyć wizę. Pułkownik Faez patrzy na wypełnione dokumenty i zwraca się do mnie czystym rosyjskim i łamanym polskim: Prisażywajties Towariszcz Miellier, Jak się ma Pan? Jest bardzo zadowolony, „bo może porozmawiać po rosyjsku z człowiekiem urodzonym w kraju przyjaznym ZSRR”. Opowiada, jak to Rosjanie dbali o Afganistan, że mieli koncepcję na wyciągnięcie kraju ze średniowiecznego zacofania. Później rozpływa się we wspomnieniach policyjnej szkoły we Lwowie, którą ukończył tuż przed sowiecką inwazją. W jego gabinecie wiszą portrety dwóch osób, którym dziś salutuje, a dekadę temu udusiłby pewnie w kabulskich kazamatach MSW. Jeden przedstawia Hamida Karzaja – obecnego prezydenta, którego większość Afgańczyków uważa za marionetkę Amerykanów. Drugi pokazuje Massuda – afgańskiego bohatera i patriotę. Między portretami zdjęcie Kaaby w Mekce i muzułmańskie oko Proroka, które ma odstraszać demony i czuwać nad szczęściem. To ciekawe elementy w gabinecie człowieka uczonego w komunistycznej szkole milicji, że religia to opium dla ludu. Cała ta sytuacja wydaje mi się absurdalna: w kraju rządzą Amerykanie i ich koalicjanci zamknięci w bazach. „Ich” ludźmi są dziś byli komuniści. Największy sojusznik USA w regionie – Pakistan – przymyka oko na tysiące swoich wychowanków talibów, którzy z obozów szkoleniowych na jego terytorium wędrują przez nieszczelną granicę na wojnę z Waszyngtonem – sojusznikiem Islamabadu. Co więcej, talibowie strzelają do Amerykanów z broni, którą sprzedaje im afgańska policja.

Zaczyna się ramadan. Wszyscy są lekko poirytowani postem.

Jako przyjaciel, wdzięczny za pomoc „o każdej porze dnia i nocy”, zamawiam w restauracji kolację (to take out) dla wszystkich mężczyzn z rodziny Khan na godz. 18.50, po ostatnim wieczornym wezwaniu muezzina do modlitwy. Poszczę razem z nimi. Ledwo to wytrzymuję. W zapylonym Afganie przez cały dzień nie piję nawet wody. Siedzimy na 300-letnich dywanach i słuchamy pięknej sufickiej muzyki o „miłości do życia i Boga” z telefonu komórkowego. Palimy mazar, najlepszy afgański haszysz. Popiół nie spada, dopóki się nie dopali do samego filtra jointa, którego roluje się, jak mówią Afgańczycy, w „śrubkę” – co może trwać godzinę... – Nie boj się o dywany – śmieją się ze mnie, bo co chwilę patrzę pod nogi – nawet żar im nie straszny, przetrwały 300 lat! – Dobrej nocy, bracia! – mówię i wychodzę po 23.00, czując, że nie mam aż takiej tolerancji na mazara jak „chłopaki”. Docieram do hotelu i włączam czarno-biały telewizor. „Czego się Wasza Miłość napije?” – słyszę słowa z polskiego fi lmu, co mnie zupełnie szokuje. Ku mojemu zdziwieniu giermek Kacper nalewa trunek pułkownikowi Dowgirdowi. Czuję błogość, ale jednocześnie jestem zmęczony zamachami, rakietami, ramadanem. Gapię się w telewizor z myślą, że nieprędko zawitają turyści do kraju, nad którym bezustannie gromadzą się czarne chmury. Po północy na miasto znowu sypią się rakiety. Co 20 minut otwieram okno i patrzę, gdzie spadły.

PS Dwa miesiące później sklep Attayallaha z dywanami, gdzie się codziennie spotykaliśmy, położony naprzeciw ambasady Indii, wyleciał w powietrze. Było 88 rannych i około 20 zabitych. Khanowie przebywali w tym czasie na wsi. A.M.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Materiały powiązane

Dodaj komentarz

Autor

  • Andrzej Meller

    Andrzej Meller

    Specjalista w temacie Wschodu. Posiadacz irytującej opalenizny przywiezionej z licznych wypraw.

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się