Następnego ranka staję nad oceanem bogatsza o doświadczenie poprzedniej nocy. Zanurzam zmęczone ciało w ciepłych falach Atlantyku i dziękuję, że uwielbiana w Salvadorze bogini mórz i oceanów – Iemanjá – doprowadziła mnie do tego niezwykłego miejsca. Podobnie czynią każdego 2 lutego ubrane na biało tłumy wiernych, które wylegają na plażę z okazji święta patronki, wrzucając do morza dary – kwiaty, ciastka i perfumy.
Nad cyplem góruje dostojna bryła kościoła Igreja NS do Bonfim. Przy wejściu jakiś chłopiec wiąże na moim przegubie kolorową wstążeczkę z nazwą kościoła. Trzy mocne supełki mają zapewnić realizację moich marzeń. Najwięcej wiernych przybywa tutaj w piątki, które są dniem bóstwa Oxalá, utożsamianego przez wyznawców candomblé z Jezusem. Synkretyzm religijny wiąże się z burzliwymi dziejami Brazylii, gdzie wierzenia rdzennych indiańskich mieszkańców wymieszały się z wierzeniami kolonizatorów i kultami przywiezionymi z Afryki przez niewolników.

Wieczorem spaceruję po tętniących rytmem i muzyką uliczkach. To miasto chyba nigdy nie zasypia. Z każdego zaułka dochodzą głośne dźwięki ulicznej fiesty. Trzeba chyba urodzić się głuchym, żeby z tego rozśpiewanego miasta nie wynieść muzycznej wrażliwości. Sama wywożę stąd bagaż przedziwnych instrumentów wyrabianych według oryginalnych afrykańskich wzorów.
Wracając do hotelu, na placu przed katedrą natykam się na krąg capoeiry. To sztuka walki stworzona w Salvadorze przez brazylijskich niewolników, którzy uprawiali ją w tajemnicy, więc musieli kamuflować ją pod postacią tańca. Dlatego spośród innych sztuk walki wyróżnia ją taneczna płynność. Siadam wraz z uczestnikami w tajemnym kręgu na spowitym w ciemnościach placu. Przy jęku szarpanego instrumentu zwanego berimbau pary walczących wychodzą kolejno na środek i celebrują swoje taneczne zmagania. Łączy nas magiczna pieśń śpiewana przez Mestre, która – według wierzeń – przenosi pozytywną energię.
Cały następny dzień spędzam w samolocie, by dostać się do jednego z najbardziej niedostępnych miast na ziemi – Manaus, maleńkiej kropki na mapie zieleni. Na zwiedzenie samego miasta wystarczy jeden dzień.
Kolejne warto przeznaczyć na wyprawę do dżungli. Spacerując po zaniedbanym Manaus, aż trudno uwierzyć, że kiedyś było prawdziwym królestwem. Pierwszym miejscem w Ameryce Południowej, gdzie jeździły samochody!
Drugim miastem w Brazylii, gdzie wprowadzono światło elektryczne i telefon.
A wszystko za sprawą skromnego drzewa. Gdy w 1839 roku Amerykanin Charles Goodyear opracował proces wulkanizacji kauczuku, Manaus, maleńka indiańska osada, niespodziewanie stała się centrum boomu tego „czarnego złota”. Na mulistym brzegu Amazonki zaczęły rosnąć bajeczne rezydencje. Manaus jako siedziba kauczukowych baronów potrzebowało też odpowiedniej oprawy. Tak zrodził się pomysł wybudowania opery w środku amazońskiej dżungli.
Do dziś jej majestatyczny budynek jest jednym z najjaśniejszych punktów wśród slumsów miasta, gdzie rynsztoki niosą gnijące odpady. Chodząc po wyłożonym tradycyjną brazylijską mozaiką placu, wyobrażam sobie dni świetności, gdy po pokrytym kauczukiem podjeździe, który wygłuszał turkot powozów, przybywali kolejni goście. W murach opery, ozdobionej sprowadzonymi specjalnie z Europy marmurami, okuciami i kryształowymi żyrandolami, występowały takie sławy jak Enrico Caruso i Sarah Bernhardt.
Koniec przyszedł równie niespodziewanie. W 1896 roku botanik Henry Wickman przemycił nasiona kauczukowca do Anglii. Wkrótce w brytyjskich koloniach na Dalekim Wschodzie mleczko lateksowe zaczęto wytwarzać taniej niż w Amazonii i Manaus upadło. Zamknięto hotele, banki, w końcu i operę. Wyłączono oświetlenie ulic. Miasto zaczęło się stopniowo zapadać w bagnistym podłożu.
Niedawno jednak odżyło. Przyczynił się do tego rozwój turystyki i budowa autostrady transamazońskiej na wybrzeże. W 1965 roku przekształcono Manaus w strefę wolnocłową, dzięki czemu stało się prężnym centrum przemysłu i ważnym punktem komunikacyjnym. To pozwoliło wyremontować i ponownie otworzyć operę.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2012-01-18 14:28

    Oj tak, Brazylia to podroz marzen! Milo bylo wrocic myslami do dzungli, faweli w Rio, kolorowej Bahii... Niezdecydowanym polecam krotka relacje ze zdjeciami z wyprawy do Brazylii na wlasna reke: http://brazylia.fototheka.pl.

Autor

  • Barbara Radwańska

    Barbara Radwańska

    Podróżnik, filmoznawca, tłumacz języka hiszpańskiego, znawca kultury latynoskiej. Od lat prowadzi wyprawy po Ameryce Południowej, od Wenezueli po Ziemię Ognistą.

Ostatnio czytali

  • tami
  • travelmati
  • DeTe

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się