Po ekscytujących wydarzeniach tej nocy budzi mnie podwyższony poziom adrenaliny. Decyduję się na przelot lotnią nad miastem. Na wzgórzu wysokości 520 metrów mam chwilę zwątpienia, ale pod okiem przystojnego instruktora czuję się zdecydowanie pewniej. Wystarczy wziąć rozbieg. I raz, dwa, trzy... i lecimy nad parkiem Tijuca. Podobno to największy park miejski na świecie, o powierzchni przekraczającej 100 km2. W oddali widzę posąg Chrystusa. Przypominam sobie, że wciąż jeszcze tam nie byłam, więc postanawiam obejrzeć dzisiejszy zachód słońca na Corcovado.
Do posągu Chrystusa decyduję się podjechać taksówką, bo z kolejki turystycznej wszelkie widoki zasłania gęstwina drzew. Wzgórze Corcovado, czyli Garbus, ma aż 710 metrów. Stojący na nim posąg Chrystusa Zbawiciela jest wizytówką miasta. Statua została podarowana Brazylii przez Francję z okazji setnej rocznicy uzyskania niepodległości i stanęła na szczycie 12 października 1931 roku, ale to mieszkańcy Rio wybrali projekt posągu Chrystusa obejmującego świat.
Ze szczytu rozpościera się bajeczny widok na miasto. Widać zatokę Guanabara usianą wysepkami, plaże i wzgórza zabudowane domkami z blachy. Obchodzę posąg dookoła. W jego podstawie mieści się kaplica, w której odprawiał mszę Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Brazylii. Zmierzcha, pora więc wracać. Z drogi wciąż widzę majestatyczny posąg na tle ciemniejącego nieba, jak błogosławi miastu i jego mieszkańcom.
Smutno mi opuszczać Rio, bo wciąż tyle jest do obejrzenia. Obiecuję sobie jeszcze tu wrócić. Najpierw jednak muszę obłaskawić kapryśną boginię mórz i oceanów. Ale na to przyjdzie czas dopiero w Salvadorze, stolicy czarnej Brazylii i centrum kultury afrobrazylijskiej, który stanowi kolejny etap mojej podróży.
Starówka pierwszej stolicy Brazylii położona jest strategicznie w górnej części miasta i skupiona na niewielkiej przestrzeni. Wszystko można zwiedzić pieszo, choć – potykając się na kocich łbach – czasem cicho przeklinam. Interesuje mnie specyficzna atmosfera północnej Brazylii. To do tego portu wieki temu przypływały statki wyładowane czarnymi niewolnikami. Wraz z nimi przybyły wierzenia, muzyka i kultura Czarnego Lądu, wszechobecne teraz na ulicach Salvadoru. Wszystko tu przypomina Afrykę. Ludzie, muzyka, stroje, a nawet zabójczy upał.
Zmęczona, przysiadam na uroczym Praca da Sé. Wkrótce jednak na nogi stawia mnie cafezinho, czyli diabelnie mocna i przesłodzona kawa, ruszam więc uliczkami uroczej starówki. Docieram do pochylonego stromo placu Pelourinho, którego nazwa oznacza pręgierz. To tutaj niewolnicy byli wystawiani na aukcje, a nieposłuszni chłostani. Obok stoi przepiękny kościół Igreja NS Rosario dos Pretos, który zbudowali dla siebie niewolnicy. Powstawał prawie 100 lat. W elementach dekoracji odnajdujemy akcenty afrobrazylijskiej religii znanej jako candomblé (macumba).
Miły człowiek przy wejściu namawia mnie na macumbę. Nie mogę odmówić. Wieczorem zapuszczam się więc w dość podejrzaną dzielnicę. Jest ciemno i nieprzyjemnie. Z daleka słyszę dziwny metaliczny łomot. Kieruję się w stronę narastającego dźwięku i skąpego światła. Po chwili jestem w terreiro, czyli domu kapłana. O popularności kultu candomblé świadczy fakt, że w samym tylko Salvadorze jest prawie 2300 takich świątyń.
W lepkim powietrzu kłębią się opary kadzideł i dymu tytoniowego. W środku do jednostajnego rytmu wybijanego na bębnach w transie przemieszcza się monotonny korowód odzianych na biało tubylców. Nagle twarz tańczącej obok mnie kobiety wykrzywia potworny grymas, jej ciałem zaczynają wstrząsać konwulsje, a z ust dobywa się przerażający krzyk. To „okrzyk obecności” – znak, że została opętana przez orixa. Wychodzę zaczerpnąć świeżego powietrza. Na podwórku uczestnicy ceremonii najzwyczajniej w świecie plotkują, posilają się, flirtują. Widząc moje przerażenie, uspokajają mnie. W ich religii bóstwa są „oswojone”. Nie przychodzą straszyć ani się mądrzyć, nie nauczają, nie udzielają rad. Chcą po prostu współuczestniczyć w wielkiej wspólnocie. Uspokojona wracam do dusznej sali i dołączam do tłumu tańczących.

Bystra! – kierowca szarpie mnie za rękaw. Transport czeka. Z...

Słyszeliście o ski bums? To narciarscy włóczędzy. Kręcą się ...

Do 27 marca 2012 r. możesz głosować za pomocą SMS na najwybi...

Reklamy ośrodków narciarskich przypominają czasem te proszkó...
Podróżnik, filmoznawca, tłumacz języka hiszpańskiego, znawca kultury latynoskiej. Od lat prowadzi wyprawy po Ameryce Południowej, od Wenezueli po Ziemię Ognistą.
Już 15 marca w siedmiu największych miastach Polski rusza 12. edycja Tygodnia Kina Hiszpańskiego, imprezy od lat pokazującej ...
Tam gdzie spotyka się południowo-wschodnia Wenezuela, Gujana i północna Brazylia rozciąga się kraina nazwana przez biogeograf...
Jeszcze tylko 7 dni, do wtorku 31 stycznia 2012 r. do godz. 24.00, poprzez stronę www.alpinus-miejodwage.pl można zgłaszać pr...
Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...
Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.