Bazarowe eldorado

19 listopad 2009
Bazarowe eldoradoZdjęcia: Jerzy Woropiński

W czasach PRL-u warszawski bazar Różyckiego był enklawa wolnego rynku w gospodarce centralnie sterowanej. Tu rodziły sie fortuny, o jakich nie śniło się szarym obywatelom.

Towarek, dolarek, flaszkie, alpaszkie – słyszał z bram na Ząbkowskiej klient zmierzający w stronę bazaru Różyckiego, handlowego, a dla niektórych także rozrywkowego centrum Warszawy. Na miejscowym „Monte Karlo” nie miał szans ten, co chciał wygrać w kości albo w benkla. Podobny do gry w trzy karty, nazywany był tak prawdopodobnie dlatego, że odbywał się na odwróconym do góry nogami koszu na śmieci, w praskiej gwarze zwanym benklem. Były też cudowne maści na wszystko, wróżby za kilka groszy, tysiąc i jeden drobiazgów, złodzieje, co nie okradają, lecz kroją, a także ten jedyny w swoim rodzaju wrzask niosący się pomiędzy straganami: „Flaaaki!”, „Pyyyzy gorąceee!”. Słychać też było szeptane ostrożnie „bony, dolary”, bo handel walutą był w PRL-u zakazany i karany bardzo restrykcyjnie. Bony PKO, czyli „polskie dolary” były równowartością walut, które wypłacał państwowy bank. W Peweksie lub Baltonie można było za nie kupić atrakcyjne towary, niedostępne w innych sklepach.

Kto słyszał te nawoływania, te szepty, ten z sentymentem je wspomina. Ale bazar był też niełatwą szkołą życia i przetrwania. Na Różycu bowiem, jak pisał Stefan Wiechecki „Wiech”, bywały chłopy równe jak rzadko, niecykoryjne i z salonowem kodeksem karnem oblatane. Kiedyś Pragę nazywano Targowe Wielkie, bo w piątki odbywały się tu targi końmi i bydłem, a we wtorki i w soboty „targi rzeczy i towarów”. Nic więc dziwnego, że w dzielnicy, gdzie handlowano od niepamiętnych czasów, okazji do kradzieży i rabunków nie brakowało. Bazar to był świat nie tylko kupców, ale też paserów i złodziei. W języku, folklorze, klimacie tego, jak dawniej mawiano, „Dzikiego Zachodu” Warszawy zostawili po sobie ślady nie do wymazania. Pisarz Marek Nowakowski znał tych ludzi, słuchał ich. Fascynowali go. Choćby taki Kulas – kuśtykający nieformalny król bazaru.

Sposób jego pracy dla naiwnego oka był trudno uchwytny. Właściwie tylko spacerował. Z tym się przywitał, tamtego zaczepił, a z innym oddalił się na stronę. Wnikając głębiej pod ten zwodniczy naskórek, można było dostrzec, że coś czasem odbierał od tych napotkanych niby przypadkiem osobników lub coś im wręczał. Ten rytm spacerowy uprawiał od rana do wieczora. Później przychodził czas na relaks w knajpach: U Inwalidów, Pod Żółwiem czy U Marynarza na Brzeskiej, którego to relaksu finalnym akordem była przeważnie Oaza na Targowej. Odpoczynek ten zresztą łączył się z pracą. Przy knajpianym stoliku zawierał jakieś transakcje i finansował jakieś skoki. Miał reputację najlepszego odbiorcy lewego towaru, juchtu, jak się mówiło w warszawskim argot. Solidny i wypłacalny jak bank. Sam też wymagał takich przymiotów od drugiej strony i nieraz można było zobaczyć, jak karcił nieuczciwych kontrahentów. Siłą obdarzony niedźwiedzią, z kilkoma przeciwnikami potrafił dać sobie radę.

Spośród innych bazarowych królów pisarz wspomina także Eleganta, trzęsącego targowiskiem w latach 70., który karierę zaczynał jako drobny złodziejaszek.

Talent handlowy niewątpliwy. Wspinał się bardzo szybko po stopniach bazarowej kariery. Śmiałe pomysły, skuteczność dokonań. Wysokiej miary kunszt ubezpieczania się za pomocą korumpowania służb milicyjnych i skarbowych. Zasłynął jako monopolista od wywozu do NRD ogromnej ilości literatury porno, tak zwanych świerszczyków, dla potrzeb sowieckiego wojska tam stacjonującego. Dowcipnie o tym mówił: „Wyrównuję zaległości seksualne radzieckiego społeczeństwa. Dzięki mnie uczą się, że seks to sztuka i rafinada. Nie tylko bydlęce ruchanie w pozycji tradycyjnej!”.

Zatrudniał rzeszę przewoźników, zorganizował stały dopływ porno ze Szwecji. Zajmował się również masowym skupem dolarów na Węgrzech. Tam były znacznie tańsze niż w Polsce. Nie gardził lewizną, towarem z kradzieży. Inwestował w niektóre śmiałe skoki (...). Interesy prowadził za fasadą skromnej budki z książkami – miał pewien sentyment do drukowanego słowa. Na zapleczu tej budki odbywały się transakcje pełne rozmachu i przebiegłości. Wysoki, śniady, w średnim wieku, nie stronił od wypitki i towarzystwa ładnych kobiet. Serce miał litościwe i wspomagał hojnie różnych nieudaczników. „Nie każdy może mieć fart” – powiadał. Ze zbioru Powidoki

Pytamy Marka Nowakowskiego, czy bywa jeszcze na Różycu. – Po co? – odpowiada pytaniem. – Z bazaru prawie nic już nie zostało. Zresztą, jego los był przesądzony, odkąd powstał Jarmark Europa na Stadionie Dziesięciolecia – dodaje. A jednak legenda niezwykłego miejsca i barwnych, nietuzinkowych postaci, które tworzyły jego klimat, trwa.

W kwadracie ulic Targowej, Ząbkowskiej, Brzeskiej i Kępnej handel kwitł już w drugiej połowie XIX w. Utworzenie zorganizowanego bazaru w tym rejonie wydawało się więc sprawą naturalną. Stało się tak w 1901 r., gdy farmaceuta i społecznik Julian Józef Różycki kupił kilka posesji w tym rejonie. Według legendy pomysłodawcą był jednak jego przyjaciel i wspólnik, znany żydowski przedsiębiorca Manas Ryba, któremu Różycki powierzył zarządzanie bazarem. Z jego osobą wiąże się anegdota, jakich wiele słyszały praskie uszy na Różycu: Estera Halbfisz (Półryba) wyszła za mąż za Manasa tylko po to, by stać się pełną Rybą...

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-02-21 19:25

    świetny artykuł, a te zdjęcia są rewelacyjne, pozdrawiam

  • Do moderacji
    2010-01-17 16:04

    ...och, ja też pamiętam ten bazar!!.. i tam właśnie kupiłam upragnione dżinsy...; jakież to było wtedy cudo ! :)

  • Do moderacji
    2009-11-29 22:03

    Artykuł jest rewelacyjny, a całego dzieła dopełniają zdjęcia. Czytanie takiego tekstu to rozkosz.

  • Do moderacji
    2009-11-21 18:35

    Dzień dobry. Jeśli dżinsy to z Rożyckiego lub z Pewexu. Takie to były czasy.Takiego ciucholandu.

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2009-11-20 17:00

    Świetny:)

  • Do moderacji
    2009-11-19 23:29

    Pamiętam bazar z lat 70-tych. Zaglądałem tak jeszcze jako student. Niesamowita atmosfera. Dałem nabrać się cygance. :)

Autor

  • Danuta Śmierzchalska

    Danuta Śmierzchalska

    Redaktor magazynu National Geographic interesuje się sztuką i historią. Uważa, że ludzie powinni podróżować, bo dzięki temu uczą się tolerancji dla innych zwyczajów, religii i kultur.

  • Przemysław Szubartowicz

Ostatnio czytali

  • artur
  • Aneta
  • Mireq
  • elBarto
  • kazcio
  • EWELINA
  • owink
  • LowcaPrzygod
  • gilmo
  • Knnopers
  • SzymonS100
  • kateplum
  • Pankazek
  • nikonka
  • welminka
  • Majerotto
  • ewand
  • traveler60
  • eldo
  • kropka77
  • ilonka1106
  • monika p
  • macias
  • borsukmarek

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się