Baśniowe Maroko

22 marzec 2009
Baśniowe MarokoZdjęcia: Shutterstock

Cały kraj to niezwykle barwna mozaika, gdzie zachwycą nas nie tylko antyczne wykopaliska rzymskie oraz arcydzieła architektury islamu, ale także codzienność życia mieszkańców.

W tym kraju wszystko wydaje się niezwykłe: od kolorów skał, zieleni palmowych gajów wyrastających wśród piasków, architektury bardziej przypominającej baśniową scenerię niż realne budowle, ludzi, którzy wyglądają jak przeniesieni w czasie z jakichś odległych wieków, po rzemiosło, którego fantazja jest w tak kolosalnej sprzeczności z modnym ostatnio w Europie minimalizmem.

Maroko to jeden z najdalej na zachód wysuniętych krajów arabskich. Armia proroka Mahometa nazwała go Maghreb, co znaczy ziemia, „gdzie umiera słońce”. Stoję na 200-metrowym wzgórzu na krańcu Afryki i obserwuję, jak fale oceanu wypłukują z plaży rozgrzany słońcem piasek. Portugalczycy 500 lat temu zbudowali tu ufortyfikowaną wioskę – kazbę, dziś został z niej jedynie wysoki, żółtawy mur. I on to sprawia, że choć termometr pokazuje 35oC, są tu Berberowie, wielbłądy i turyści. Ci ostatni, żeby podziwiać jedyny ocalały zabytek Agadiru – tylko on przetrwał trzęsienie ziemi, ci pierwsi, żeby zarabiać. Za pamiątkową fotografię z przystrojonym niczym choinka wielbłądem albo szczerbatym, ale za to spowitym w błękit rdzennym mieszkańcem północnej Afryki trzeba zapłacić. – Bilon jest zły, miss – usłyszałam po tym, jak próbowałam wręczyć honorarium mojemu modelowi. – Daj mi papierowe pieniądze – powiedział. Gdy zasugerowałam, że nie posiadam takowych, w powietrzu zawisła awantura, której echo z pewnością dotarłoby aż do oddalonego o 270 km Marrakeszu.

Ze wzgórza kazby zjeżdżamy wąską, krętą drogą wcinającą się w czerwony stok porośnięty wilczomleczami – krzewami przypominającymi kaktusy. Swą nazwę zawdzięczają podobieństwu do mitycznej meduzy. Ona zabijała wzrokiem, wilczomlecz truje mlecznym sokiem zawierającym związki cyjanogenne. Jego żrące właściwości Berberowie wykorzystują do dezynfekcji – tak brzmi oficjalna wersja. Nieoficjalnie może spowodować zapalenie skóry, wrzody, ślepotę.

Zastanawiam się, jak mógłby wyglądać Agadir, gdyby urody 50 lat temu nie odebrało mu trzęsienie ziemi. Zamiast intrygującej egzotyki widzę kurort, który niczym nie różni się od innych tego typu ośrodków w basenie Morza Śródziemnego. Przy portowym nabrzeżu cumują setki rybackich kutrów-sardynkowców zbudowanych z drewna eukaliptusowego, które jest wyjątkowo odporne na gnicie. Sardynki, jeden z głównych towarów eksportowych Maroka, łowi się nocą, gdy tysiącami podpływają pod powierzchnię w poszukiwaniu planktonu. Można je kupić za grosze bezpośrednio od rybaków i oddać do przyrządzenia w lokalnej tawernie. Tak robią turyści. Marokańczycy zabierają ryby do domu, by przygotować wieczorną ucztę, przy której zasiądzie cała rodzina. W piątek – dzień święty dla muzułmanów – będzie to prawdopodobnie kuskus, w inne dni – wszystko, na co pozwoli fantazja i umiejętności gospodyni. 
Jedziemy wzdłuż wybrzeża Atlantyku, które będzie nam towarzyszyło aż do Rabatu. Poszarpane, urwiste ściany Atlasu Wysokiego, którego szczyty osiągają nawet 4 000 m wysokości, przeplatają się z niewielkimi, romantycznymi zatoczkami. Puste plaże zachęcają do biwakowania. Mijamy posiadłości należące do kuwejckiego księcia, króla Arabii Saudyjskiej i brata obecnie panującego w Maroku króla Muhammeda VI. Ekskluzywne rezydencje można poznać po niezwykle zielonej, wypielęgnowanej trawie, kamerach umieszczonych co kilka metrów, uzbrojonej ochronie i zakazie fotografowania. Z czasem zabudowa znika i nie ma już nic poza krajobrazem tak różnym od wszystkiego, co do tej pory widziałam. Skały przybierają niespotykane u nas kolory; czerwony, pomarańczowy i żółty. Ubóstwo roślinności sprawia, że stada kóz mają duży problem ze znalezieniem czegoś do jedzenia. Zdesperowane wdrapują się nawet na kolczaste drzewa arganiowe, by jeść ich listki i owoce. Czasami na sękatych konarach stoi po kilkanaście zwierzaków. Argania to słynące z długowieczności, endemiczne drzewo. Można je spotkać tylko w promieniu 100 km od Agadiru. Jest pod całkowitą ochroną między innymi dlatego, że nikt nie potrafi go rozmnożyć. Z przypominających kształtem oliwki owoców tego drzewa wytłacza się bogaty w witaminy olej. Specjalizują się w tym Berberyjki. Do wyciśnięcia litra oleju potrzeba 30 kg pestek. Lista jego właściwości nie ma końca. Poza wzbogacaniem smaku i aromatu potraw leczy on choroby skóry, poparzenia, poprawia trawienie. Na jego bazie robi się kremy, kosmetyki do pielęgnacji włosów i wiele specyfików medycyny naturalnej.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Autor

  • Agnieszka Franus

    Agnieszka Franus

    Zastępca redaktor naczelnej National Geographic oraz Traveler. Od lat zafascynowana krajami arabskimi.

Ostatnio czytali

  • artur
  • tami
  • JoJo99
  • W.Wozinski
  • mitulin
  • Madzia
  • carmel
  • robin
  • pbw79
  • lysyk

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się