Wszystko przypomina oczekiwanie na przyjazd papieża. Lub Bono, jeśli widzieć to mniej sakralnie. Góra zawsze zmienia kolory od czerwonokrwistego do odcieni bardziej pastelowych, przed zmierzchem staje się zupełnie szara. Intensywność barw zależy od pory roku, zachmurzenia, wilgotności. Co dwie minuty zwalniam migawkę. Obok mnie piją na tę okoliczność szampana, zadomowiony tu świecki rytuał. Jest piknikowo, ale zarazem podniośle i uroczyście. Mimo wszystko bardziej sacrum niż profanum.

Kiedy 18 lat temu pierwszy raz wspinałem się na tę górę, nosiła ona nazwę Ayers Rock (Uluru). Teraz jest dokładnie odwrotnie: Uluru (Ayers Rock). Zmiana nazw geograficznych objęła całą Australię. Trwa przywracanie nazw pierwotnych, tam gdzie to możliwe – aborygeńskich. Rozgorzała także dyskusja nad tym, czy dopuszczalne jest wchodzenie na świętą Uluru. Póki co aborygeni, do których należy Park Narodowy Uluru-Kata Tjuta, jeszcze tego nie zabronili. Musimy więc tę kwestię rozstrzygnąć we własnym sumieniu. Decyzję na nie możemy przypieczętować zakupem koszulki, dość zresztą popularnej, z napisem Byłem tu i nie wspiąłem się na Uluru. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że nawet jeżeli podejmiemy trud wspinaczki, nie zawsze można wejść na górę. Bywa, że nad ranem bardzo wieje i wówczas ranger zabrania wspinania. Samo podejście wbrew pozorom do łatwych nie należy. Szczególnie pierwszy fragment trasy jest bardzo stromy, a skała śliska, więc warto się złapać łańcucha. Widoki z góry są jednak pyszne i wynagradzają wszelki wysiłek. Widać stąd Kata Tjuta (The Olgas), Mt. Conner i wszechogarniający ocean buszu, serce interioru. Uważny obserwator zobaczy nawet zakrzywienie linii horyzontu – domniemany dowód na kulistość Ziemi.

Następnego dnia wstaję przed świtem, odpalam silnik i pędzę do Kata Tjuta – miejsca wielu głów, a dokładnie 36, bowiem tyle głowopodobnych tworów liczy ta formacja skalna położona 50 km od Yulara. Zatrzymuję auto przy tarasie widokowym u stóp Kata Tjuta. Stąd obserwuję, jak urokliwy diament Słońca wyłania się spod ciemnego o tej porze Uluru. Zjadam kanapkę, wypijam kilka łyków wody i zapuszczam się w Dolinę Wiatrów. Ośmiokilometrowy szlak prowadzi wśród większych i mniejszych skał, tworzących bajkowe scenerie niczym z obcej planety. Nie warto się spieszyć – tu trzeba chłonąć setki milionów lat zaklętych w prekambryjskich zlepieńcach. Przy odrobinie szczęścia dostrzeżemy przemykających na tle tego krajobrazu aborygenów, ale trzeba mieć naprawdę dobre oczy, by się to powiodło. W Australii mówi się, że ci ludzie są niewidzialni. Jeśli zobaczymy ich grających na didgeridoo czy tańczących, to znaczy, że mają interes do ubicia i chcą zarobić na turystach.

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-10-16 22:07

    Fascynacja pana Tomalika Australią jest bardzo duża; szczególnie daje się to odczuć na spotkaniu na żywo. Miałam przyjemność słuchać opowieści oraz oglądać slajdy na spotkaniu w maju br. we Włocławku. Dziękuję :)

  • Gość Gość
    Do moderacji
    2010-04-06 20:30

    Super opis. Bardzo mi się przydał do pracy do szkoły :).

Autor

Ostatnio czytali

  • tami
  • monika.bartz
  • netfm

Aktualności

Blogi NG

  • LosWiaheros

    Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...

  • LosWiaheros

    Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się