Piękny, bezchmurny dzień. Tu leniwe południe, w Polsce środek nocy. Już mi się nie chce chodzić, po kilku łykach piwa czuję senność. Tuż obok nabrzeże portowe Circular Quey i promy odchodzące do wszystkich zakamarków sydnejskich zatok. To tu przybyła w 1788 r. tzw. Pierwsza Flota – zaczyn brytyjskiej kolonii karnej, początek białej historii Australii. Wybieram prom do Manly i siadam na rufie. Chwytam pocztówkową panoramę miasta: Operę i nie mniej słynny Most Zatokowy (Harbour Bridge), zwany tu wieszakiem na płaszcze. Za słoną opłatą (ok. 600 zł) z asekuracją firmy Bridgeclimb można się wspinać po kratownicach konstrukcji lub wyjść na szczyt przęsła. Może spróbuję jutro, jak wyrównam sen. Teraz niemal przysypiam na promie, choć tu takie widoki.
Po wyjściu z promu tuż przed promenadą moje nozdrza zaatakowała feeria smakowitych zapachów rodem z Chin, Tajlandii, Malezji, Japonii i Europy. Jest też obecna tzw. nowa kuchnia australijska, fantastyczna mikstura smaków europejskich (głównie kuchni francuskiej i włoskiej) i azjatyckich. Nadmiar kuszących propozycji. Dla mnie jednak od lat wybór jest oczywisty: laksa i tylko laksa. Jest to bardzo pikantna zupa na mleku kokosowym z owocami morza i makaronem. Niewiarygodnie smaczna! Po tym doświadczeniu mogę sobie zacytować pewne przysłowie: „Nie było mi źle, ale jest mi lepiej!”
Z tą radosną pieśnią zmierzam na plażę. Czysto, schludnie, woda ma temperaturę w sam raz. Orzeźwiająca kąpiel i kolejna refleksja. Czy ja naprawdę jestem w Australii? A może to ciągle sen? Nie, na plaży nie lubię leżeć, wyprowadzam się piętro wyżej. Tu, na trawniku, przy deptaku nadmorskiej promenady, przytulam się do wyniosłej araukarii. W tym kraju nie przeganiają z trawników. Są przecież po to, by po nich chodzić, siedzieć na nich i leżeć, jeść i pić (byle nie alkohol!). Zawsze i wszędzie są dla ludzi!
Plaże jednak nie są moim eldorado, więc szybko się nudzę i łapię powrotny prom do City. Ścieżka spacerowa prowadzi nabrzeżem przez słynną Operę, przypominającą kopulujące żółwie, wprost do Królewskich Ogrodów Botanicznych. A tu można i trzeba zwolnić, nacieszyć oczy zielonym, podziwiać fantazyjne kształty drzew, obfotografować chętne do współpracy papugi i inne ptaszyska. Pamiętam, że park zamykają o 17.30 (tutejszą zimą), więc jednak przyspieszam kroku. Kolacja w promieniach zachodzącego słońca na Kings Cross i mocne postanowienie powrotu do centrum. Bo Sydney trzeba się nasycić, nie można go zaliczyć!
Kolejny dzień wypełniają mi wędrówki po centrum, wzdłuż rzędów wiktoriańskich kamienic. Trafiam do Muzeum Australii, ze znakomitymi zbiorami fauny i flory kontynentu, a także historii i sztuki aborygeńskiej. Podziwiam tu słynne czarne opale i największe samorodki złota – wszystko warte majątek, gratka nie tylko dla oka geologa.
Korci mnie, tak z czystej ciekawości, najsłynniejsza plaża kraju – Bondi, położona w południowo-wschodniej części miasta, gdzie w każdy pogodny dzień wypoczywa ok. 60 tys. ludzi. Dobre miejsce na brunch (już nie śniadanie, jeszcze nie lunch) w jednym z barów, które zapewnią wyborowy bufet (świeże owoce morza!), ale i świetny widok na całą długość plaży. Nie, nie jestem ani rozczarowany, ani oczarowany. I próbuję popatrzeć na Bondi inaczej: gdyby Warszawa lub Kraków miały taką plażę, zniknęłyby wszystkie moje wątpliwości!
Zastanawiam się nad tym w samolocie do Uluru, świętej góry aborygenów, najważniejszej ikony Australii. Ląduję 5 km za wioską Yulara. Stąd jeszcze dziś wyruszę na zachód słońca pod słynny, wyrastający z ziemi na wysokość 350 m, piaskowcowy monolit. Trzeba pogratulować Australijczykom, że mimo najazdu turystów udało im się utrzymać górę i jej najbliższe otoczenie w symbiozie z naturą. Są tu jedynie miejsca parkingowe dla samochodów. A mogły być sklepy z pamiątkami, kramy z jedzeniem itp. I tu, z pozycji parkingu, sprzed własnego samochodu obserwuję zmieniające się kolory skały, wyglądającej jak wyrzucony na plażę wieloryb. Ja i kilkuset innych.

Bystra! – kierowca szarpie mnie za rękaw. Transport czeka. Z...

Słyszeliście o ski bums? To narciarscy włóczędzy. Kręcą się ...

Do 27 marca 2012 r. możesz głosować za pomocą SMS na najwybi...

Reklamy ośrodków narciarskich przypominają czasem te proszkó...
Fascynacja pana Tomalika Australią jest bardzo duża; szczególnie daje się to odczuć na spotkaniu na żywo. Miałam przyjemność słuchać opowieści oraz oglądać slajdy na spotkaniu w maju br. we Włocławku. Dziękuję :)
Super opis. Bardzo mi się przydał do pracy do szkoły :).
Już 15 marca w siedmiu największych miastach Polski rusza 12. edycja Tygodnia Kina Hiszpańskiego, imprezy od lat pokazującej ...
Tam gdzie spotyka się południowo-wschodnia Wenezuela, Gujana i północna Brazylia rozciąga się kraina nazwana przez biogeograf...
Jeszcze tylko 7 dni, do wtorku 31 stycznia 2012 r. do godz. 24.00, poprzez stronę www.alpinus-miejodwage.pl można zgłaszać pr...
Bangkok to zjawisko. Niektórzy mówią, że to „miasto z dreszczykiem” myśląc o jego nocnym obliczu. Dla mnie osobiście Bangkok będzie miastem z ...
Najbardziej turystyczna wyspa Tajlandii + najbardziej popularna plaża na tej wyspie + najbardziej "kurewska" ulica przy tej plaży = ...
Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.