Amsterdam

25 marzec 2009


Na zwiedzanie Amsterdamu zwykle wyruszam po zmroku, miasto to bowiem jak żadne inne pięknieje nocą. Latarnie nadają ceglanym kamienicom, wybudowanym nad wodą na sposób wenecki, bardzo romantyczny wygląd. Do pełni szczęścia brakuje tylko gondolierów, którzy zabraliby nas w podróż po kanałach (jest ich tu ponad 600). Oczywiście, tutejsza architektura nie ma z wenecką wiele wspólnego. Najbardziej charakterystycznym jej elementem są okna, obramowane niczym obrazy i tak gigantyczne, że zajmują niemal całe frontowe elewacje. To malownicza konsekwencja permanentnego braku słońca. Może dlatego Holendrzy rzadko je zasłaniają, jakby nawet nocą nie dość im było światła. Dzięki temu, jak odnotował tutejszy pisarz Cees Nooteboom, „miasto przypomina otwartą księgę, zaś przechodnie – jej czytelników”. Czytam więc do woli i bez skrępowania zaglądam do apartamentów. Podziwiam ich bogate wyposażenie, podglądam życie właścicieli. To fascynująca zabawa i uprawia ją wielu turystów. Ten rodzaj ekshibicjonizmu gospodarzy ma podobno swoje uzasadnienie w przeszłości. Za czasów największej prosperity, czyli w XVI, XVII w., co bogatsi holenderscy kupcy pokazywali w ten sposób podejrzliwym sąsiadom zgromadzone w domach dobra, manifestując tym samym, że nie mają nic do ukrycia, i ich ręce są czyste.
Gdy już znuży mnie ta forma rozrywki, udaję się na Leidseplein, gdzie często urządzane są koncerty i pokazy, od sztuk walki, miotania ognia, żonglerki, po inne akrobatyczne popisy. Alternatywą jest spokojniejszy Nieuwmarkt z budynkiem Waag (wagi miejskiej) przypominającym nieco domek Baby Jagi. Dawniej dokonywano w nim pomiarów przywożonych przez kupców towarów. Dziś jest tu popularna restauracja i jedyną rzeczą, jaką się tu mierzy, jest wpływ wypitych Heinekenów na wysokość rachunku.
Nie można pobytu w Amsterdamie uznać za udany bez przyjemności przemierzania go na rowerze. Ścieżki rowerowe są wszędzie, zaś samych bicykli jest tu 600 tys, niemal tyle, co mieszkańców. Mając taki środek lokomocji, wstaję rano i udaję się na jedno z wielu targowisk, by doświadczyć mocnych kupieckich tradycji miasta, pamiętających czasy kolonialne i sławną Kompanię Wschodnioindyjską, dzięki której Amsterdam wprost ociekał bogactwem. Najbardziej popularne znajduje się przy ulicy Alberta Cuypa – asortyment nieco przypomina klimaty stadionu 10--lecia w Warszawie, ale wytrawni łowcy znajdą tu perełki – końcówki kolekcji holenderskich projektantów, antyki itp. Każdą wizytę w tym miejscu kończę konsumpcją śledzia podawanego jak hot-dog – w bułce, z konserwowanym ogórkiem i cebulką. Palce lizać. Tutaj też znajduje się wiele polecanych przez autochtonów restauracji, założonych przez mieszkańców dawnych kolonii.
Lubię też targowisko przy Waterloplein, gdzie łatwo wyobrazić sobie statki wyładowane egzotycznymi towarami dobijające do portu. Na wietrze łopocą bajecznie kolorowe tkaniny, w skrzyniach piętrzą się wyszywane cekinami sari, lady uginają się pod biżuterią, przyprawami,  instrumentami muzycznymi i bardziej współczesnym wynalazkiem – towarami z drugiej ręki. Jeszcze kilka lat temu w Amsterdamie, symbolu pogardy dla zdobyczy kapitalizmu, dniem handlowym był czwartek ze sklepami otwartymi do 21. Po najbardziej komercyjnej ulicy miasta – Kalverstraat – w soboty i nie-dziele hulał wiatr. Dziś Holendrzy ruszyli do sklepów, a te zaczęły być czynne przez cały tydzień. Amsterdam pogrążył się
w konsumpcyjnym szaleństwie. Jednak amatorzy anarchistycznego ducha mogą spać spokojnie. Nie opuścił on miasta – przeniósł się tylko z centrum na obrzeża, w dawne doki i dzielnice przemysłowe, dziś rewitalizowane.
Modne są teraz knajpy i kluby w byłych fabrykach lub na szczytach opuszczonych biurowców z lat 70. Aby dotrzeć do jednego z takich miejsc, przedzieram się obskurnymi, wymalowanymi graffiti korytarzami. Nagrodą (jeśli będzie wolne miejsce) jest lunch w wielkiej sali przy wspólnym stole przypominającym design wczesnego PRL-u, gdzie znowu można się poczuć jak na squaterskiej imprezie w dobrych latach 90.


  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Autor

  • Agnieszka Franus

    Agnieszka Franus

    Zastępca redaktor naczelnej National Geographic oraz Traveler. Od lat zafascynowana krajami arabskimi.

Ostatnio czytali

  • tami
  • mrksmlk
  • MieL

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się