Znęcanie się nad zwierzętami jest złe. Wszyscy się z tym zgadzamy, a jednak podczas wakacji łatwo o tym zapomnieć. Bo zabawa, dobre zdjęcie, adrenalina. Niestety pod przykrywką turystycznych atrakcji często kryją się krew i cierpienie. I tylko od ciebie zależy, którą stronę medalu chcesz dostrzec

Krok pierwszy to oddzielenie małego słonia od jego mamy. Tę zazwyczaj po prostu się zabija. Przerażonego malucha zamyka się w drewnianej zagrodzie tak ciasnej, że ledwo się w niej mieści. Tak rozpoczyna się złamanie psychiki (tzw. training crush). Słoniątko spędza w klatce zazwyczaj trzy dni. W trakcie tych kilkudziesięciu godzin nogi związane ma łańcuchem, który rozciągany jest we wszystkie strony. Za każdym razem, gdy próbuje się wyrwać czy ruszyć, wieśniacy okładają go kijami z przytwierdzonymi gwoździami. Często po wyjątkowo delikatnym uchu wewnętrznym, by bardziej bolało. Zresztą bicie słonia to tylko jeden aspekt „psychicznego łamania”. Dochodzi do niego bowiem głodzenie, brak pojenia i uniemożliwianie snu. Po trzech dobach zwierzę jest zupełnie wycieńczone i totalnie załamane. Od teraz zrobi wszystko, co rozkaże mu człowiek. Tajska tradycja pajaan zostaje zakończona sukcesem. Słoń gotowy jest tym samym do pracy z żądnymi wrażeń turystami.

Po pierwsze dobre zdjęcia

Choć nikt z nas świadomie nie chciałby pewnie wspierać pajaan, nieświadomie wielu to robi. Choćby przez, zdawałoby się, niewinne fotografowanie trąbiastych olbrzymów na ulicach azjatyckich miast. Płacąc nawet niewielkie sumy za te usługi, zachęcamy lokalnych mieszkańców, by kontynuowali okrutną tradycję. Zresztą nie ma co się łudzić, że pieniądze inwestowane są w dobrobyt zwierzęcia. Taki słoń to czysty zysk dla jego właściciela! W noc potrafi zarobić nawet 30 dol., czyli na tajskie warunki fortunę. Dlatego ich właścicieli nie przeraża nawet zakaz wprowadzania słoni do metropolii pod karą grzywny (taki obowiązuje m.in. w Bangkoku i New Delhi). Wolą zaryzykować i zarobić. Sangduen Lek Chailert, zwana dziś „królową słoni”, wówczas świeżo upieczona absolwentka uniwersytetu w Chiang Mai, zaczęła pracować dla jednej z firm organizujących trekkingi na słoniach w północnej Tajlandii. Szybko zorientowała się, że zapewnienia o szczęściu zwierząt są niczym innym jak marketingową ściemą. Ich „ścieżka kariery” wygląda następująco: po pajaan pracują przy karczowaniu lasów, później trafiają do biur trekkingowych, gdzie obładowane przewożą nie tylko turystów, ale i ciężkie pakunki. Wszystko to tylko po to, by znaleźć się na ulicy miasta i żebrać wraz z właścicielem o jedzenie. Finalna faza to turystyczne enklawy, gdzie za dolara można posiedzieć na słoniu i zrobić sobie z nim zdjęcie. Lek zdecydowała się więc wziąć sprawy w swoje ręce i w 1955 r. założyła Elephant Nature Foundation, gdzie te wykorzystywane azjatyckie olbrzymy mogą godnie dożyć swoich dni. – Trafił do mnie kiedyś tygodniowy słoń, Geng Mai. Cały zaropiały, z białą od wykrwawienia trąbą. Jego matkę zabito, bo chodziła po polach kukurydzy – opowiada Lek. Dziś zdrowy i silny jest jednym z 36 trąbaczy w sanktuarium. Turyści, którzy zdecydują się na dłuższy pobyt tutaj, mogą pomóc w ich rehabilitacji i leczeniu. Lek śmieje się, że zdjęcia są tu dozwolone, ale tylko z odpowiedniej odległości. Nie ma co jednak oczekiwać, że słonie zaczną nagle tańczyć na dwóch nogach czy podawać kwiaty trąbą. Mania robienia zdjęć na wakacjach wszystkiemu i w każdej sytuacji, bez większego zastanowienia, dotyka nie tylko te azjatyckie olbrzymy pracujące na ulicach wielkich miast. We wschodniej Europie ofiarami są niedźwiedzie, które aby „tańczyły”, tresowane są na rozżarzonej płycie metalu. W Afryce i Azji – małpy, które wbrew przeświadczeniu wielu nie mają wrodzonych zdolności usługiwania i rozbawiania klienteli w restauracjach. Na Bliskim Wschodzie – kobry, dla których flet nie jest najbardziej naturalnym instrumentem. Wymieniać można by długo, bo wyobraźnia ludzka, jeżeli chodzi o wykorzystanie zwierząt, jest nieograniczona. Sęk w tym, by jej nie podsycać migawką swojego aparatu.

Po drugie rozrywka

Richard O’Barry od 1964 r. był najbardziej znanym treserem delfinów na świecie. To właśnie on szkolił serialowego Flippera, który rozkochał w sobie miliony widzów, także w Polsce. Dziś wspomina, że przełomowym momentem w jego karierze było zrozumienie, że delfiny są znacznie inteligentniejsze, niż nam się wydaje. – Gdy w piątek wieczorem grano kolejny odcinek, brałem ze sobą telewizor na pomost i pokazywałem serial delfinowi, który akurat grał Flippera [było ich w sumie pięć – przyp. red.]. – Widziałem, że one potrafiły odróżnić siebie od innych delfinów. Cathy poznawała siebie, zupełnie inaczej zachowywała się, gdy akurat grała Suzy – opowiada Ric. Wtedy właśnie zaczął zdawać sobie sprawę, że te inteligentne zwierzęta nie powinny żyć w niewoli. Coraz częściej widział w nich smutek i apatię. Prawdziwym punktem zwrotnym był moment śmierci Flippera. – On popełnił samobójstwo na moich rękach – z przekonaniem opowiada Ric. Według trenera delfin podpłynął do niego, popatrzył mu w oczy i po prostu świadomie nie wziął następnego oddechu. Następnego dnia O’Barry był już w areszcie Bimini. Za próbę uwolnienia serialowych delfinów. – Przez 10 lat pracowałem dla tego przemysłu, od 38 walczę z nim – mówi dziś z poczuciem misji. Jego obecna działalność skupia się głównie na uświadamianiu ludzi, że delfiny to dzikie zwierzęta, które nie mogą być trzymane w niewoli, jaką są delfinaria. Gdy wchodzi się do tych akwarystycznych centrów rozrywki, gra głośna muzyka, delfiny skaczą z trenerami, publiczność szaleje. To wszystko tworzy złudzenie świetnej zabawy. Jak mówi Ric, prawda znajduje się jednak gdzie indziej. W tak zwanym „domu rybnym”, gdzie delfiny spływają po przedstawieniu. Tam warunki nie są takie sterylne, miejsca jest mało, a na brzegach znaleźć można wielkie kubły z lekami na wrzody, które tworzą się od ciągłego stresu. Delfiny na wolności pływają ok. 60 km dziennie. Do tego są bardzo wyczulone na dźwięki. Słuch to ich najbardziej rozwinięty zmysł. Zamknięcie i głośna muzyka w delfinariach powodują u nich ogromny stres. – Ich największym przekleństwem jest uśmiechnięty wyraz twarzy – zauważa Ric. Sprawia on wrażenie, że delfiny są zadowolone i że bawią się równie dobrze jak turyści. Podczas gdy one naprawdę cierpią. Delfinaria i akwaria nie pokazują prawdziwego obrazu zachowania delfinów czy fok. Wartość edukacyjna, o jakiej mówią niektórzy organizatorzy tego typu rozrywek, jest znikoma. Ssaki te nie zachowują się przecież tak w swoim naturalnym środowisku. I choć wszyscy wiedzą, że foki nie klaszczą na widok człowieka, a delfiny nie całują w policzek dzieci, to zapotrzebowanie na tego typu rozrywki rośnie. Badanie firmy Ipsos MORI pokazało, że 85 proc. mieszkańców Wielkiej Brytanii jest przeciwko niewoli wielorybów i delfinów. Mimo to aż 81 proc. badanych wykazało zainteresowanie rozrywką, jaką jest pływanie z delfinami. Zgodnie z przekonaniem, że na wakacjach można pozwolić sobie na więcej.

Po trzecie adrenalina

Lew leży pod drzewem. Nie rusza się, bo od kilku dni dostaje pod nos świeże mięso. Zresztą ostatnie lata i tak spędził w zoo, więc osowiały zatracił swój naturalny instynkt. Nie przeczuwa, że od dwóch dni po parku jeździ żądny krwi turysta z Zachodu. Przyjechał do Sandhurst Safaris w RPA upolować grubego zwierza. Przewodnicy właśnie wożą go po nieznanych terenach, stwarzając wrażenie prawdziwej przygody. To wszystko tania inscenizacja, bo doskonale wiedzą, gdzie leży lew. Te sceny ukazała w swoim głośnym reportażu dziennikarka CNN Femi Oke. Po dwóch dniach ona i jej operator mają dosyć. Wyjeżdżają tuż przed tym, jak przewodnicy wreszcie dojeżdżają do podstawionego lwa. John Foster z Idaho jest w siódmym niebie, właśnie o takim prawdziwym i męskim polowaniu marzył. Pach! Dwa strzały. Król zwierząt ledwo co zdążył wstać. Zresztą i tak nie miał gdzie uciec, bo park jest ogrodzony. Leży nieżywy. Myśliwy nie może zabrać skóry ze sobą (przewóz tego typu rzeczy jest najczęściej nielegalny). Jednak to mu nie przeszkadza. Wystarczy zdjęcie ze zdechłym predatorem, które Femi umieszcza w swoim reportażu. Będzie miał o czym opowiadać kolegom. Poczucie dumy, satysfakcja, uśmiech na twarzy. Przewodnicy już widzą górę pieniędzy przed oczami. Za jedno polowanie zgarniają nawet 100 tys. zł. Popularnie proceder podstawiania zwierzyny nazywa się „polowaniem w puszce” (Cannes hunting). Choć coraz więcej krajów decyduje się go zabronić, ogromne lobby myśliwych nie daje za wygraną. Podrabiają certyfikaty, które uprawniają do zastrzelenia chronionego prawem zwierzęcia, czy nielegalnie strzelają w parkach narodowych. Ważne, żeby biznes się kręcił. A że lista gatunków zagrożonych z miesiąca na miesiąc się wydłuża, to już nie ich problem. Oczywiście większość z nas nigdy nie miała w ręku strzelby. Tym bardziej nie celowała nią do lwa. Ale warto pamiętać, że nie tylko broń palna zabija. Robią to także głupota ludzka i brak świadomości. Do tych kategorii należy na przykład nieodparta chęć bliskiego kontaktu z dzikimi zwierzętami. Podchodzenie do żyrafy czy hipopotamów w trakcie safari jest jak proszenie się o problemy. Przestraszone mogą zaatakować. Zazwyczaj jednak od nich szybsi są przewodnicy uzbrojeni w strzelby, którzy w obronie turystów muszą do nich strzelać. Nawet zostawienie obiadu na kempingu w parku narodowym może spowodować fatalne skutki. Tak dzieje się często w przypadku niedźwiedzi, które nie są groźne dla ludzi, do czasu gdy nie zaczną kojarzyć ich z pożywieniem. Właśnie dlatego na Alasce każdy turysta dostaje szczelny pojemnik, w którym ma obowiązek trzymać jedzenie. – Nie chodzi tu o twoje bezpieczeństwo, ale o niedźwiedzie – tłumaczy mi strażnik w PN Denali. – Dla nas najważniejsze jest, by im się nic nie stało. Dlatego szkolimy turystów, że nawet gdy niedźwiedź jest bardzo blisko nich, pierwszą rzecz, jaką muszą zrobić, to spakować jedzenie. Należy pamiętać, że w afrykańskim buszu, alaskim parku narodowym, azjatyckiej dżungli czy w naszych Tatrach to my jesteśmy gośćmi. A zwierzęta gospodarzami, którzy mają prawo narzucić własne zasady. Po czwarte czyste sumienie Czy czytając ten tekst, robisz sobie w głowie rachunek sumienia? Myślisz, ile masz zdjęć z ulicznymi zwierzętami? Czy podczas safari, mimo ostrzeżeń przewodnika, wychodziłeś z samochodu? Ile razy byłeś w zoo, cyrku, zamkniętej farmie dzikich zwierząt? Jak bardzo chciałeś przepłynąć się, trzymając delfina za ogon? Czy skusiłeś się na przejażdżkę wielbłądem po pustyni albo trekking na słoniu? I czy żadna z pamiątek z podróży nie znajduje się na liście zagrożonych wyginięciem roślin i zwierząt, o których mówi konwencja waszyngtońska (zwana CITES)? Pewnie każdy z nas znajdzie jakieś grzeszki na sumieniu. Grunt to poprawić się podczas kolejnej podróży. Zasada jest bardzo prosta – jeżeli zwierzę nie znajduje się w swoim naturalnym środowisku, należy zachować najwyższą ostrożność. A konkretnie? Zamiast do farmy lwów czy do zoo, wybierz się do prawdziwego sanktuarium, np. do tego prowadzonego przez Lek, gdzie wykorzystywane wcześniej słonie są leczone i doglądane. Jeżeli masz więcej czasu, zdecyduj się na wolontariat. Nie tylko pomożesz, ale też będziesz mieć jedyną w swoim rodzaju okazję podejrzenia naturalnych zachowań zwierząt. Podczas safari nie wychodź z samochodu. Napotkane okazy obserwuj z daleka, cicho i cierpliwie. Zrezygnuj ze zwiedzania parków na grzbiecie słonia. Jeżeli masz siłę, plecak na górę wnoś sam. Gwarantowane jest więcej satysfakcji dla ciebie i dla zwierzaków. Delfiny podziwiaj w czasie rejsu żaglówką – one uwielbiają pływać przy jachtach. To doświadczenie będzie prawdziwsze, niż oglądanie ich z piłeczką na nosie w delfinarium. No i bądź bardzo uważny podczas zakupów. Daruj sobie biżuterię z kości słoniowej czy buty ze skóry aligatora. Nie skuś się też na proszek z rogu nosorożca, który według medycyny chińskiej leczy wszystko. Pozyskiwany jest on przez wyspecjalizowanych kłusowników, którzy doprowadzili już do wyginięcia niektórych gatunków białych nosorożców. Z pewnością proszek ten (droższy od złota i kokainy) nic nie uleczy. Za to przez niego możesz nabawić się niezłych wyrzutów sumienia, których nie będziesz już mógł wytłumaczyć brakiem świadomości.