"Przykro mi, to możliwe jedynie w naszej placówce”. "Jedynym wyjściem, by załatwić sprawę jest przyjazd do Polski"... Ta historia mogła przydarzyć się każdemu, kto dłuższy czas przebywa w podróży. Opowiadamy ją ku przestrodze.

Jest XXI wiek, wszystko jest dostępne od ręki, od zaraz, wszędzie i niemal zawsze. Człowiek odwykł od utrudnień związanych z niemożnością załatwienia czegokolwiek. Ja również. Dlatego, gdy nagle okazało się, że nie mogę dostać się do mojego konta bankowego, nie mogę użyć mojej karty kredytowej, ani debetowej i ogólnie byłam w czarnej dziurze dostępnych opcji - mocno się zdziwiłam. Wszystko przez zgubioną kartę SIM.

To teraz od początku. 

Od kilku miesięcy jestem w Omanie. Jest ciepło, przyjemnie, niespecjalnie się stresuję czymkolwiek. Cieszę się kosmicznymi widokami, jakie oferuje mi Zatoka Perska. Jednak każdy spokój ma swój kres.

Kupiłam kartę tutejszego operatora i z powodzeniem podmieniałam owe karty w telefonie - polską i omańską - kiedy tylko zachodziła taka potrzeba. Na polski numer dochodziły m.in. kody z banku: gdy chciałam się zalogować na konto, zrobić przelew, czy zapłacić internetowo którąkolwiek z kart - wszystko musiałam potwierdzać cyferkami, które przychodziły mi na mój polski numer. Omańskiego numeru używałam zaś do kontaktu na miejscu.

Pewnego pięknego ranka siadam do robienia płatności i nagle okazuje się, że zgubiłam polską kartę SIM. Wsiąkła. Zapadła się pod ziemię. Przeszukałam wszelkie możliwe miejsca, kilkakrotnie. Nie było jej. Na początku bardziej się zirytowałam niż zestresowałam. Byłam wściekła na siebie, że dopuściłam do takiej sytuacji, po czym zabrałam się do działania.  „Przecież nie może być tak źle” - pomyślałam.

Co można zrobić? Nie mam karty SIM, nie mogę więc otrzymać kodów potrzebnych do bankowości elektronicznej. Od razu napisałam maile do operatora oraz do banku. Dzwoniłam na infolinię. Podjęłam kilka rozmów z konsultantami poprzez dostępny na stronie banku czat. Z operatorem próbowałam się skontaktować nawet poprzez Facebooka. Szukałam wyjścia z tej sytuacji. Wciąż miałam nadzieję, że moja sytuacja wcale nie jest tak marna. Jednak rzeczywistość i nastawienie konsultantów mocno odwróciły kierunek moich myśli: znalazłam się w fatalnej sytuacji, niemal bez wyjścia, bez dostępu do telefonu i do własnych pieniędzy.

Opisywałam swoją sytuację i prosiłam o pomoc. Mówiłam, że jestem w Omanie, że nie mam biletu powrotnego, że zgubiłam kartę SIM i że nie mam przez to jak potwierdzić jakiejkolwiek płatności, ani nawet nie mogę dostać się do własnego konta. Oczywiste było dla mnie, że bez problemu operator wyda duplikat karty SIM i np. wyśle mi go pocztą - lub przynajmniej po weryfikacji w banku, że ja to ja, będę mogła spokojnie zmienić numer, pod który przychodzą wszelkie kody potwierdzające. Obie opcje okazały się niemożliwe.

Od konsultantów otrzymywałam odpowiedź: „Przykro mi, to możliwe jedynie w naszej placówce”. Przeczytałam nawet słowa, że moim jedynym wyjściem, by załatwić sprawę jest przyjazd do Polski. Pomyślałam, że ktoś sobie ze mnie drwi, ponieważ dosłownie przed chwilą tłumaczyłam, że nie mam biletu powrotnego i nawet nie mogę skorzystać z własnych pieniędzy. Zalewałam się już łzami ze stresu, wypominałam sobie, jak mogłam w ogóle włączyć zabezpieczenie kodami - coś, co miało służyć bezpieczeństwu stało się utrapieniem. 

Moja mama będąc w Polsce poszła w moim imieniu do operatora, liczyłam na to, że jako moja najbliższa krewna coś wskóra. Szczególnie, że przed wylotem napisałam upoważnienie, które okazało się totalnie bezużyteczne. Bez efektu. „To niemożliwe, nie możemy wydać Pani duplikatu karty”. Dowiedziałam się, że jest jeden sposób i nazywa się on "upoważnienie notarialne".

Od razu napisałam do konsula honorowego w Omanie - ponieważ to on powinien poświadczyć na takowym upoważnieniu. „Dzień dobry, mamy wakacje, proszę się przypomnieć później”. Fantastycznie. Poczułam się totalnie opuszczona przez szczęście. Biednemu wiatr w oczy. Ze strony spółek spotkałam się z zerowym wsparciem i nikłą chęcią podjęcia próby pomocy. A w obu przypadkach byłam wieloletnim klientem - i liczyłam, że lojalność wobec marki ma jakieś znaczenie. Nie ma. Tym bardziej byłam zawiedziona.

Wściekła i zrozpaczona faktem, że nie miałam za bardzo, co począć, napisałam o swoich niemiłych perypetiach na prywatnym Facebooku. Nie zwykłam tak robić, ale totalnie opuściła mnie nadzieja i liczyłam, że ktoś mnie pokrzepi albo wpadnie z gotowym rozwiązaniem. Znajomi od razu próbowali jakoś pomóc. Opisywali też swoje nieprzyjemne doświadczenia w podobnych sytuacjach. Ponoć w kupie jakoś raźniej. Napisała do mnie też znajoma, radca prawny - opowiedziała i doradziła, co powinnam zrobić z tym upoważnieniem notarialnym. „Musi zawierać klauzulę Apostille”. Dzięki niej trochę się uspokoiłam - tylko dalej, co z tym konsulem? Przecież ma wakacje. Mogłam jedynie czekać, trwać w niepewności i stresie. I przypomnieć się później.  Myślałam w tym czasie głównie o tym, jak  to możliwe, że tak banalna rzecz, jak zgubienie karty SIM za granicą, jest aż tak kłopotliwa - i to w XXI wieku, dobie udogodnień. Na co mi udogodnienia skoro najprostsze rzeczy są niemożliwe?

W międzyczasie na Facebooku odezwał się oznaczony w moim gniewnym poście bank. Znajomy napisał mi, że „co jak co, ale oni dbają o PR, będą chcieli wyprostować sprawę”. Tak też się stało. Nagle dowiedziałam się, że w drodze wyjątku mogą mi zmienić numer przypisany do kodów sms. Świetnie - ale dlaczego dopiero teraz, skoro już kilkakrotnie, jak nie naście razy kontaktowałam się z konsultantami i nikt nie próbował mi pomóc? Czy naprawdę każdą sprawę trzeba upubliczniać i wyciągać brudy, by dostać szansę na rozwiązanie problemu? Czy te wszystkie procedury muszą być tak bardzo nieżyciowe? I czy naprawdę procedura musi być barierą dla ludzkiego odruchu, jakim powinna być chęć pomocy, komuś, kto jej akurat potrzebuje?

Ciągle nie wiem, czy te wszystkie formalności są dla naszego bezpieczeństwa. W każdym razie - przed dłuższym wyjazdem polecam pozostawienie upoważnienia notarialnego.

Paulina Wierzgacz
fotograf, autorka bloga obrazkiblondynki.pl