O tym jak w Żywym Muzeum Piernika w Toruniu zostałam nadwornym piernikarzem. Z dziennika podróży przez najsłodszą historię światowej stolicy piernika.

Toruń, roku pańskiego 2015

Spaceruję wąskimi uliczkami historycznego miasta i zachwycam się gotycką zabudową. Oglądam kościoły, zabytkowy ratusz, widzę pomnik Mikołaja Kopernika. Jednak Toruń przyciągnął mnie czymś innym  i tego właśnie szukam.

Fot. Shutterstock
12:40
Z przejęciem przeglądam przewodniki. Wszystkie jasno sugerują, że największą atrakcją – zaraz po przepięknej starówce – jest Żywe Muzeum Piernika mieszczące się przy ul. Rabiańskiej 9. Przypomina sobie, że zostało wpisane na listę Nowych Cudów Polski National Geographic. Myślę „coś w tym musi być” i ruszam spod pomnika Kopernika w stronę Wisły.

Fot. Shutterstock
12:45
Na wysokości ul. Żeglarskiej czuję uderzający w nozdrza korzenny zapach. Cynamon i goździki towarzyszą mi w drodze pod same wrota Muzeum Piernika. Dojście tam zajęło mi równo 300 kroków.
12:48
Przede mną stara kamienica z czerwonej cegły. Robię krok i odnajduję inny świat – gwar, średniowieczna muzyka, młode kobiety w kolorowych długich sukniach. Kolejka zaciekawionych: rodziny z dziećmi, studenci, obcokrajowcy. Piętro wyżej rozlega się męski okrzyk: „Pierniki gotowe!”. Kupuję bilet, jestem gotowa do wejścia.
13:00
Wchodzę do przestronnej sali, wspartej na starych, dębowych belkach. Zasiadam na moment przy drewnianym stole, ale już po chwili pojawia się Wiedźma. Piernikowa oczywiście. Po staropolsku zaprasza wszystkich do wspólnej pracy.

Fot. materiały prasowe
13:05
Pojawia się sam Mistrz Piernikarski, na jego stroju widać ślady piernikowego ciasta. Umączony, ale nie umęczony. Jesteśmy zobowiązani złożyć przed Mistrzem przysięgę cechową, że zachowamy tajemnicę receptury toruńskich pierników.

Ja, zdrowy na ciele i umyśle, nie nicpoń ni złodziej, wzrostu słusznego, rodu zacnego,  stanu wolnego, przysięgam: praw cechu jeszcze mi nieznanych przestrzegać.  Takowoż trunków, co w czerep dają, nie spożywać. Instrumenta wszelakie do produkcji pierników w czystości utrzymać.

Wszyscy goście stoją w kręgu, a ja mam wrażenie, że uczestniczę w jakimś magicznym rytuale.


Fot. materiały prasowe
13:40
W strachu przed nieuchronnością kary za złamanie przysięgi mogę zdradzić tylko tyle, że sama „zaczyniłam” piernikowe ciasto zgodnie ze starą recepturą, poznałam tradycje towarzyszące pracy piernikarza, pracowałam przy stole pełnym wałków, pędzli, kozików i drewnianych form.

Fot. materiały prasowe
13:50
Pierniki są w piecu. Mam przerwę, więc mogę napisać kilka słów. Z kart dziennika strząsam okruchy najlepszych pierników, jakie dane było mi jeść. Są one wypiekane na miejscu, w muzealnej fabryczce.
13:55
Trzymam już w ręku mojego, ciepłego jeszcze, piernika. Gdy Mistrz ogłasza nasz awans na czeladników, rozpiera mnie duma. Ale to nie koniec! Zabierają mnie na drugie piętro. Przenoszę się na początek XX wieku. Wchodzę po schodach do eleganckiej sali wypełnionej machinerią z epoki i słucham opowieści o piernikarskich fabrykantach z czasów Zaboru Pruskiego.
14:10
Podziwiam pracę artystki malarki, która proponuje mi udział w warsztatach dekorowania pierników. Onieśmielona jej dziełami sztuki, podejmuję próbę – kolorowym lukrem zdołałam zapisać jedynie swoje imię. Poprzysięgam sobie ćwiczyć w domu, by dojść do perfekcji.

Fot. materiały prasowe
14:20
Wychodzę z powrotem na ul. Rabiańską, wracam do „normalnego” świata. Trzymam w ręku średniowiecznego piernika, drugiego, umalowanego lukrem, w torbie mam paczki przepysznych pierników. Strząsam resztki mąki ze spodni. W głowie mam jeszcze mnóstwo wrażeń i emocji, które będą równie trwałe, co mój piernik.
14:25
Dziewczynka obok wykrzykuje do mamy: „Ale było fajnie! Wrócimy tu”. Ja wiem, że wrócę tu na pewno.