"Widoki bajkowe, chciałam, by ktoś mnie uszczypnął" - Agnieszka Łęcka opisuje nam swoje wrażenia z podróży do krainy... "Władcy Pierścieni"

Tórshavn Marathon 1. września b.r. był moim pierwszym startem za granicą. Porównać go mogę jedynie z krajowymi biegami, choć trudno będzie znaleźć wspólny mianownik, gdyż startując w maratonie Wysp Owczych uczestnik przenosi się w zupełnie inny, fantastyczny świat, rodem z planu filmowego "Władcy Pierścieni". Niewiele jest osób, które zdają sobie sprawę z istnienia Faroe Inslands, a rzadko kto potrafi wskazać je na mapie (na Morzu Norweskim, między Wielką Brytanią, Islandią a Norwegią) i trzeba przyznać, że dotrzeć tam też nie jest łatwo. Zdecydowaliśmy się na lot polskimi liniami z Warszawy do Kopenhagi, a następnie weszliśmy na pokład samolotu jedynej rdzennie farerskiej linii lotniczej Atlantic Airways, obsługującej połączenie z maleńkim lotniskiem Vágar. Nigdy nie widziałam tak krótkiego lądowiska - ma niespełna 1800 metrów długości i kończy się nagle tuż przed urwiskiem schodzącym do zatoki. Po wyjściu z samolotu omiótł nas silny wiatr i bardzo wilgotne powietrze. Nawet mój softshell nie spełniał swoich funkcji. Nie czekaliśmy długo na transport z lotniska, a wątpliwości co do przyjmowanych przez kierowcę walut i obawy o możliwość płatności kartą za przejazd zostały szybko rozwiane w płynnym języku angielskim.   
Niesamowitych wrażeń dostarczyło nam oglądanie krajobrazów przemykających za oknem autobusu zmierzającego do Tórshavn - jednej z najmniejszych stolic świata. Wzdłuż drogi wiły się olbrzymich rozmiarów przewyższenia, poprzecinane spokojnymi dolinami i wstęgami rzek, które napotykając na klif, zamieniają się we wzburzone wodospady z impetem zrzucające wodę do oceanu. Nadzwyczajne piękno kryje się w górskich szczytach wulkanicznych porośniętych jedynie trawą i gdzieniegdzie niskimi krzewinkami. Sielskości widokom dodawały wszechobecne owce pasące się luzem w rozproszeniu nawet w najbardziej niedostępnych miejscach.   
W przeciągu kilku minut od odebrania pakietów startowych i zrzucenia bagaży
w pokojach wynajętego domku, pogoda diametralnie zdążyła się zmienić i dotarło do nas, że przebiegnięcie maratonu - celu naszej wyprawy, od którego dzieliło nas już tylko kilkanaście godzin, w takich warunkach będzie niewykonalne. Ulewny deszcz na przemian z porywistym wiatrem zginającym wpół nasadzenia drzew w przydomowych ogródkach i wichrzący źdźbła traw porastających dachy budynków mieszkalnych, nie wróżyły poprawienia „życiówek” w maratonie. Z tą myślą zasypialiśmy i budziliśmy się o poranku, który wcale nie przyniósł zmiany aury. Byliśmy przerażeni, nie tylko my maratończycy – amatorzy, ale nawet trener nie krył obaw. Start planowany był na 13:00 czasu lokalnego (UTC+1), więc mieliśmy sporo czasu do odpowiedzenia sobie na pytanie: „biec czy nie biec”, podjęcia decyzji co do wyboru stosownej garderoby na tak trudne warunki pogodowe
i naładowanie się węglowodanami.  


Godziny oczekiwania dłużyły się niemiłosiernie, siedzieliśmy jak na szpilkach śledząc postępujące na naszych oczach zmiany pogodowe. Tuż po południu ulewa - ku naszemu zdumieniu - zamieniła się ostatecznie w lekką mżawkę z delikatnymi podmuchami wiatru, jakby na specjalne zamówienie uczestników i organizatorów maratonu. Teraz nie było już odwrotu, w końcu przyjechaliśmy po to, by startować. Termometr za oknem wskazywał 11˚C, wilgotność pewnie dobijała już do 90%, a wiatr osłabł. Warunki niemalże idealne, więc długi rękaw i krótkie spodenki w zupełności wystarczyły żeby utrzymać ciepłotę ciała na trasie.
Przed linią startu, zlokalizowaną pod lokalnym centrum handlowym, zebrało się już sporo biegaczy różnych narodowości i zagrzewających do walki kibiców (nawet kilku Polaków, nie tylko miejscowych, ale i przyjezdnych z flagami i transparentem). Zakończyło się odliczanie i barwny tłum biegaczy ruszył przed siebie w dół przez miasteczko.
Każdy kilometr trasy, atestowanej przez AIMS idealnie współgrał z odczytami na zegarkach, a co 5 km rozstawione były punkty odżywcze z wodą, napojem energetycznym i bananami. Limit czasowy przewidywał 6 godzin na ukończenie maratonu, a biegacze, którzy nie zmieściliby się w czasie lub mieli zamiar zejść z trasy i poinformowali o tym fakcie w najbliższym punkcie odżywczym, mieli zapewniony transport na linię startu. Na przebieg trasy maratonu składała się 5,5-kilometrowa pętla po mieście, minięcie portu, następnie wybiegało się z niego na północ w stronę wsi Kaldbak, w której był nawrót i bieg powrotny do mety zlokalizowanej tuż obok startu i centrum handlowego.
Po przebiegnięciu przez centrum Tórshavn i minięciu jego zwartych zabudowań, oczom ukazywały się sporych rozmiarów przewyższenia, których stoki malowniczo schodziły do zatoki oceanu. Chciałam, żeby ktoś mnie uszczypnął. Widoki bajkowe, ale już niebotyczne podbiegi i wiejący silny wiatr znad zatoki wyrywały biegaczy ze stanu olśnienia pięknem krajobrazu. Od pierwszych kroków biegłam ze świadomością, że to nie będzie łatwy i szybki maraton. Zbyt późno zaplanowany start spowodował dalsze dodatkowe niedogodności na trasie (zbyt duże ilości jedzenia zdążyłam spożyć zajadając przedstartowy stresik) w postaci rozstroju żołądka i bolesnych skurczy brzucha. Zbyt mocno ściśnięte sznurowadła (stopa puchnie nieznacznie podczas biegu) wżynały mi się w stopy i utrudniały prawidłowe jej przetaczanie. Od 20 km biegu miałam chwile zwątpienia i niesamowicie kuszące myśli żeby zejść do najbliższego punktu odżywczego i ukrócić cierpienia żołądkowe. Nawet próby delektowania się wspaniałymi widokami i odwrócenia tym uwagi od niedogodności, które sobie zgotowałam nie skutkowały. Nie udałoby mi się ukończyć tego maratonu, gdyby nie wsparcie trenera Jacka Gardenera, biegnącego ze mną na całej długości trasy. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, ostatecznie przekroczyłam linię mety w towarzystwie wiwatujących kibiców i lokalnej telewizji. Już wiedziałam, że dobiegłam jako pierwsza z kobiet, a gratulacjom nie było końca. Swojej „życiówki” nie złamałam, rekordu trasy także nie pobiłam, ale w stosunku do ilości pokonanych trudności mój czas nie był najgorszy – 3 h 26 min, dla porównania czas pierwszego zawodnika na mecie Cecila Weihe’a to 2 h 53 min.
W ogólnym rozrachunku te zapierające dech w piersiach widoki, przemili ludzie, kameralny charakter imprezy i fantastyczna atmosfera, no i oczywiście zwycięstwo w maratonie to niesamowite przeżycie, którego żadna niedogodność na trasie biegu nie jest w stanie przysłonić. Po prostu BEZCENNE.