Przygodę z Jasper radzę rozpocząć od wycieczki Icefields Parkway – drogą liczącą 230 km i łączącą Banff z Jasper. Uznaje się ją za najpiękniejszą drogę po dachach świata. Zachwyt wprost odejmuje mowę. Dookoła postrzępione szczyty 3–4-tysięczników i lodowce na tle błękitnego nieba. Perlisto czyste powietrze rozsadza płuca. Trudno jest się nasycić majestatycznymi obrazami przesuwającymi się przed oczyma. Może też się zdarzyć, że będziemy jechać w chmurach.
Lake Louise niedaleko miasteczka Banff to najbardziej po wodospadzie Niagara obfotografowane miejsce w Kanadzie. Znawcy twierdzą, że niewiele jest atrakcyjniejszych widoków na świecie niż ten, jaki roztacza się z trawnika pod imponującym hotelem chateau o tej samej nazwie. Nocuję w nim, by z okna zobaczyć, jak lodowce obejmują ramionami to malownicze lazurowe jezioro. Następnego dnia wybieram się na Columbia Icefield – pole firnowe o powierzchni  320 km2 i grubości do 300 m. Składa się na nie 6 lodowców, które zasilają wodą 3 oceany (co jest rzadkością): Pacyfik, Atlantyk i Arktyczny. Spotkała mnie tu niemiła przygoda. Mając na nogach zwykłe adidasy, wszedłem bez problemu 100 m w górę lodowca. Zejście okazało się niemożliwe. Nogi leciały w dół pierwsze, nie czekając na resztę. Ślizg w pozycji siedzącej zakończyłem jak skoczek narciarski wyrzucony w błoto.
Nasyciwszy się widokiem i przeżywszy jeszcze raz dawny wypadek, wsiadam do samochodu i jadę do miasta Banff. Już u podnóża gór w świetle księżyca widzę stada łosi pasące się przy drodze. Zwalniam i modlę się, aby żaden desperat nie wyskoczył na jezdnię. Cierpliwość się opłaciła – zero kolizji – jednak do Banff docieram nad ranem. Zmęczony idę do jednego z wybudowanych na wolnym powietrzu basenów z gorącą, pachnącą zgniłymi jajami wodą, na regenerującą kąpiel.
Z Banff przemieszczam się na zachód, do Vancouver – portu położonego nad zatoką Burrard. Kto lubi duże aglomeracje, powinien się tu zatrzymać. Niektórzy twierdzą, że to najpiękniejsze miasto świata, gdzie można jeździć na nartach prawie cały rok, a jednocześnie mieć ocean do sportów wodnych i pływania. Ja jednak szybko wsiadam  na prom i płynę na wyspę Vancouver – największą na zachodnim wybrzeżu Ameryki Północnej. Dla Europejczyków odkrył ją kapitan James Cook. Wyspa dzierży kilka północnoamerykańskich rekordów. Żyje tu największa populacja pum leśnych, z hukiem spada najwyższy, całoroczny, liczący ponad 400 m wysokości wodospad. Znajdziemy tu też najwilgotniejszy punkt kontynentu, gdzie deszcz potrafi padać poziomo (roczna suma opadów dochodzi tu do 8 m) oraz najtrudniejszy; płaski pieszy szlak świata West Coast Trail. Nie sposób też pominąć stolicy prowincji – Viktorii – i Butchart Gardens, rozciągających się na blisko 20 ha najpiękniejszych ogrodów Kanady. Zaprojektowała je 100 lat temu Jennie Butchart. Jako malownicze tło dla ogrodów w stylu japońskim, włoskim, angielskim wykorzystała pokopalniane wyrobiska wapienne pozostawione przez męża – właściciela kopalni i cementowni. Ogród wygląda magicznie o każdej porze roku, ale najbardziej w czasie Bożego Narodzenia, jeśli tylko spadnie śnieg. Nocą oświetlają go tysiące kolorowych lampionów. Spacer wśród różanych krzewów to miła odmiana po trudach podróży.
Do Port Hardy na północy wyspy docieram 6. dnia. Tutaj wjeżdżam na pokład promu Queen of the North, zmierzającego do Prince Rupert. Wkraczam na wody Inside Passage. 15-godzinna wycieczka Przejściem Wewnętrznym zapada w pamięć. Statek płynie wzdłuż wybrzeża, między setkami wysepek, których zbocza porastają sosny i cedry, a fale co chwilę przecinają orki i ławice śledzi.
W Prince Rupert zmieniam prom i kontynuuję podróż już po terytorium Alaski. Moim celem jest Skagway, leżące w głębokim fiordzie. W pamiętnej epoce Klondike Skagway było miastem gwałtu i bezprawia, z niezliczonymi burdelami, saloonami, halami tańców i gier hazardowych. Jeden z pracujących tam krótko przedstawicieli kanadyjskiej policji konnej określił je jako kawałek ziemi tylko ciutkę lepszy od najgorszego piekła. Pijaństwo, burdy, rabunki były wówczas na porządku dziennym. Rządził tu słynny rzezimieszek Soapy Smith pozujący na dobrodusznego wujaszka, który miał własną armię, gangi złodziei i szulerów. Jednym z jego bardziej lukratywnych przedsięwzięć był urząd telegraficzny, gdzie za opłatą 5 dolarów wysyłano telegramy w różne strony świata. Tyle że druty telegraficzne... kończyły się w pobliskich krzakach. Trudno się dziwić, że Soapy Smith skończył zastrzelony przez rozgniewanego obywatela.
W Skagway większość z lawiny 100 tys. przyszłych milionerów zmierzających do Dawson szukała pocieszenia. Za dolara lub dwa można tu było spędzić 15 minut z siostrą, żoną czy narzeczoną własnego kolegi. Zostawione na pastwę losu kobiety musiały się jakoś utrzymać. Podobno w szczycie rozkwitu miasta w 100 domach publicznych pracowało 800 pań!

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2011-03-19 05:59

    Bardzo ladna relacja. Czyta sie z zapartym tchem gratuluje wyprawy.

Aktualności

Blogi NG

Sklep poleca

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się