Coraz częściej słyszymy o groźnych zmianach w naturalnym środowisku człowieka, które mogą doprowadzić do katastrofy globalnej. Wiemy o tym, wierzymy, że tak może być, ale uważamy, że nas to nie dotyczy.

Ale gdy głębiej poszperamy w zakamarkach pamięci, znajdziemy niejeden przykład na to, że coś jest w tym naszym środowisku nie tak, jak dawniej. Za moich młodzieńczych czasów największą przyjemnością dzieci taplających się w wodach Bałtyku było „polowanie”na jasno różowe, galaretowate stworzonka wielkości talerzyka deserowego. Unosiły się one na wodach morza, rozpłaszczając i podkurczając w kształtne, przezroczyste kulki. Przyjemnie było mieć coś takiego w swoim wiaderku, wypełnionym wodą. Tragedią było, gdy po sztormie znajdowało się na plaży wyrzucone na piasek i mocno poszarpane galaretki, które mali ludzie z dużą dozą troskliwości usiłowali przywrócić do życia, wrzucając je z powrotem do wody. Były to chełbie modre – jedyne meduzy spotykane wtedy w Morzu Bałtyckim, całkowicie bezpieczne dla człowieka i jedynie u wyjątkowo wrażliwych ludzi powodujące lekkie poparzenia, podobne do słonecznych. W tym roku uaktywniły się ich groźniejsi krewniacy – żebropławy. Ich przezroczyste ciała mają około 10 cm długości i gdy się poruszają, to świecą. Wygląda to bardzo malowniczo, zwłaszcza w nocy, jest jednak jak groźba, wisząca w powietrzu. Wprawdzie meduzy te nie zagrażają bezpośrednio człowiekowi, ale w dużej ilości stanowią poważne zagrożenie dla populacji ryb.

Tekst: Agnieszka Budo